Opublikowano

Czemu napisałem książkę?

Pisanie było moją piętą achillesową w szkole. Obojętnie w jakim języku. Z gramatyką czy ortografią nie miałem nigdy problemu, ale wszystkie nauczycielki w językach: niemieckim, polskim, angielskim, rosyjskim, francuskim ubolewały nad moim stylem. Już jako dziecko kochałem czytanie książek, ale to, czego wymagały ode mnie nauczycielki uważałem zawsze za „lanie wody”. Interesowało mnie tylko, aby możliwie precyzyjnie „przelać” moje myśli na papier. Podczas studiów inżynieryjnych, podczas pisania pracy doktorskiej, jak i w setkach publikacji na łamach czasopism i książek o technicznej treści mój „styl” okazał się bardzo pomocny, mimo że u nauczycielek nigdy nie spotkał się z dobrymi ocenami. Dlatego w książce wybrałem formę pamiętnika, gdyż wydaje mi się, że mój „styl” tak było najłatwiej ukryć.

Co roku próbuję czegoś nowego, aby starzejący się mózg zmusić do ciągłej pracy i adaptacji do nowych zadań. Jazda konno, kurs snajperski, wejście na szczyt w pograniczu Mongolii/ Kazachstanu/ Chin/ Syberii, nurkowanie we wrakach na otwartym morzu, wycieczki w bezludzie koła polarnego, czy afrykańskiego buszu, budowa samolotu to tylko kilka przykładów. Lubię się zmuszać, aby wyjść ze strefy komfortowej i cieszę się najbardziej, jeżeli udało mi się zachować zimną krew podczas nie zawsze łatwych sytuacji, podczas gdy inni byli już w panice. 

Już dawno nosiłem się z zamiarem napisania książki. „Szkielet” thrillera mam zapisany na komputerze chyba z piętnaście lat. Ale najwyraźniej za mało mnie fascynowała jej idea, aby przedłożyć jej pisanie nad wiele innych zainteresowań, które posiadam. Zdarzenia ostatnich dwu lat bardzo mną wstrząsnęły i prawdopodobnie fakt ze w „roku COVID´a” nie mogłem się spotkać z żadnym z moich przyjaciół, jest chyba najważniejszym powodem czemu napisałem książkę. Musiałem komuś opowiedzieć o moich przeżyciach, uczuciach i odczuciach. Tym razem „słuchaczem” jest mój pamiętnik i być może ten czy ów czytelnik który przeczyta całość. Powieść bazuje wyłącznie na faktach moich własnych przeżyć lub opowieściach innych osób, które poznałem i wysłuchałem osobiście. Wszystkie przeżycia narratora wydarzyły się dokładnie tak jak je opisałem, mimo iż zdaje sobie sprawę ze co niektóry czytelnik będzie w to wątpił, tak jak niektórzy z moich redaktorów. Oczywiście zmieniłem niektóre nazwy miejscowości, czy imiona. Bohater książki posiada cechy autora, bardzo się starałem o możliwie dokładny opis i mam nadzieję, że nie przedstawiłem go zbyt pozytywnie, zbyt ładnie, czy jednostronnie. 

Miałem bardzo ciekawe życie i zawsze się starałem, aby nie „przeciekało mi między palcami”. Wydaje mi sie ze przeżyłem wiele ciekawych sytuacji o ktorych opowiadanie raczej nie nudzi sluchacza. Dla mnie, jako czytelnika, w książkach jest najważniejsze, aby nie były nudne i aby nie trzeba było się zmuszać do czytania. Książkę, która po przeczytaniu około jednej trzeciej nie zdążyła mnie zainteresować, po prostu odkładam. Na drugim miejscu stoi, abym mógł zrozumieć zachowanie postaci lub abym mógł poznać nowe spojrzenie na świat przez punkt widzenia, jakiego jeszcze nie znałem. A ideałem książki jest taka, która spełnia dwa poprzednie warunki i na dodatek pobudza we mnie chęć zastanowienia się nad własnym postępowaniem lub zachęca do wypróbowania czegoś nowego i sugeruje wyjrzenie poza brzeg własnego „talerzyka”. I to niekoniecznie musi być tak drastyczne doświadczenie, jak udana produkcja nitrogliceryny w piwnicy rodziców, którą w wieku 13 lat wprowadziłem w życie po przeczytaniu powieści Jules Verne’a. Wdzięczny jestem, że moja córka nigdy nie miała takich pomysłów.

Niestety piszę z rożnych względów pod nazwiskiem mojego jedynego pradziadka, którego poznałem osobiście. Nie jestem szczęśliwy z tego faktu, ale mam powody, które mają do czynienia z moimi bliskimi, a nie ze mną. Ponieważ jest to moja pierwsza wycieczka w beletrystykę od czasów mojej matury, oczywiście obawiam się, że otworzyłem ponownie „puszkę Pandory” i że krytycy i czytelnicy rozszarpią mnie, jak kilkadziesiąt lat temu moje nauczycielki. Ale cóż mężczyzna w moim wieku ma do stracenia? Poza samooceną chyba nic. Poza tym jestem zdania, że to nie wstyd stanąć do walki i dostać „po ryju”. Wstydem jest uciec z podkulonym ogonem przed walką.

Dr Anton Lihs

Opublikowano

Jak szybko napisać książkę?

Jak szybko napisać książkę?

Oczywiście opowiem o tym, jak ja to robię, bo nie przypisuję sobie znajomości jedynej uniwersalnej, objawionej prawdy.  Przede wszystkim należy rozróżnić sam proces pisania książki od czasu jej powstawania. Na sam proces twórczy składa się nie tylko pisanie, ale i zbieranie inspiracji oraz na przykład kompletowanie informacji merytorycznych. 

Proces twórczy dla każdej książki, którą dotychczas napisałem, mimo że różnią się diametralnie, przebiegał podobnie. Porównać mogę to do nadmuchiwania gumowego balonu. Od przyjścia na świat kompletowałem zasoby i powody do tego, aby każda z nich powstała. Gdy przychodziła mi do głowy myśl, aby ją napisać, to tak jakby ten metaforyczny balon we mnie był już dobrze wypełniony. Ideą, czyli myślą przewodnią, filozofią, historią, wiedzą czy umiejętnościami, które chciałem przekazać. 

Zarys, czyli skąd dokąd, i jak ma przebiegać opowieść. Zatem mam punkt startu i mety. Teraz wypełniam punktami przestrzeń pomiędzy nimi, wpisując w punktach hasłowo to, co ma się znaleźć w kolejnych krokach. Czasem rozwijam nieco szerzej zarys, a gdy mam około sześćdziesięciu procent tego, co chcę zawrzeć rozpisane w punktach – balon pęka i zaczynam pisać, pisać, pisać. (Sześćdziesiąt do czterdziestu – jedna z zasad zarządzania czasem).

Samo pisanie to już proces składania tych poszczególnych wątków w całość. Tworzenie pętli, które zgrabnie łączą poszczególne wcześniej zdefiniowane punkty i oczywiście dyscyplina trzymania się przyjętych założeń. Bo za każdym razem rozpoczynając pisanie, przyjmowałem: jaką objętość tekstu mam zamiar napisać, ile tekstu średnio dziennie będę pisał i jaki harmonogram pisania sobie zakładam. (Zazwyczaj to około jedna i pół strony tekstu zapisaną czcionką jedenastką na dzień).

Podsumowując: pomysł w zarysie, plan rozpisany w punkty, założenia od finalnej objętości, plan pracy.

Czy mi się udało za każdym razem utrzymać idealnie w tym, co zaplanowałem? Otóż nie za każdym razem napisałem nieco więcej niż w przyjętym założeniu. Co do dyscypliny pisania, tak i zastanawiając się nad tym twierdzę, że podyktowane to jest entuzjazmem, jaki mi towarzyszył przy powstawaniu każdej z moich książek. Dlatego pisząc sześć dni w tygodniu od 19 marca 2020 zakończyłem pisać Inwersję, która ma objętość dwustu czterech stron 4 czerwca 2020. Moją pierwszą książkę poradnik Kreator rozwiązań, która jest zdecydowanie szczuplejsza, napisałem w tydzień. 

Zatem gdy czujesz gotowość, poweźmiesz myśl o pisaniu, sporządź plan i wypełniaj go treścią. Niech słowa spływają na papier lub niech twoje palce intuicyjnie tańczą po klawiaturze, zapisując kolejne słowa i zadania. Moja sugestia pisz, pisz, pisz to, co do ciebie przychodzi, a potem, dopiero gdy skończysz jakiś fragment, przeczytaj go i koryguj. To naprawdę powoduje, że proces twórczy przebiega zdecydowanie szybciej, niż gdy szlifujesz kolejne zdania, tak jak miałyby brzmieć w ostatecznej wersji. 

To, jak zaznaczyłem na wstępie, moje doświadczenia. Uważam je za skuteczne i możliwe do powielenia przez osoby, które noszą się z zamiarem napisania swojej pierwszej powieści czy poradnika. Bardziej spersonalizowane informacje i dedykowane porady zależą od tego właśnie, jakiego rodzaju dzieło chcesz stworzyć. Wypróbowując powyższe, jestem przekonany, że pisanie pójdzie ci z satysfakcjonującą dynamiką, co też daje się odczuć czytelnikowi. Jakakolwiek by to pozycja nie była, myślę, że w każdej sprawdzi się dobry dowcip. Więc jak to mówią artylerzyści: do działa 😉    

Remigiusz Nestor Kalwarski, autor książek pt. ” Inwersja” i „Kreator rozwiązań”

Opublikowano

Dlaczego napisałem książkę?

Dlaczego napisałem książkę?

Na wstępie muszę przyznać, że odpowiedź nie jest łatwa. Oczywiście mógłbym sobie ułatwić i przytoczyć teraz całą listę różnych powodów. Myślę, że większość czytających znalazłaby w niej także i swoje. Czułbym wtedy niedosyt z takiej odpowiedzi, bez wyjaśnienia i uzasadnienia. Według mnie pozbawiona byłaby pierwiastka inspiracji, a chciałbym, aby go posiadała. Dlatego postaram się  opowiedzieć o przyczynach, które skłoniły mnie do pisania, a w efekcie wydania mojej pierwszej książki i może nie ostatniej.

Ciekawość związana z książkami była we mnie od najmłodszych lat. Kiedy patrzyłem oczami dziecka na napisy reklam czy szyldów, na teksty w gazetach lub książkach, dostrzegałem tylko mniej lub bardziej kolorowe obrazki. Intrygowało mnie, co dorośli w nich widzą? Potrafili wpatrywać się w nie godzinami. Czasami wybuchali śmiechem, a innym razem komentowali i wracali do patrzenia się na nie. Dla mnie było to niewykonalne – siedzieć w ciszy przez kilkadziesiąt minut i wbijać wzrok w czarne, nieruchome znaczki. Moja ciekawość i brak zrozumienia tych obyczajów były ogromne. Czułem jednak, że to musi być coś ważnego, co trzeba poznać, jeżeli chce się być dorosłym. Szybko zaspokajałem moją ciekawość. Dowiedziałem się, co to są litery, wyrazy, zdania i czytanie. Wręcz magiczne wtedy wydało mi się to, że wypowiadane słowa można zapisać, a potem, nawet za sto lat, przeczytać. Dzięki tej wiedzy otaczający mnie świat nabierał nowego i zrozumiałego znaczenia – przestawał być tylko kolażem obrazów. Okazało się, że od samego czytania jeszcze bardziej ciekawiło mnie, jak powstają książki, kto je pisze i dlaczego? Niezwykłym wydawało mi się to, że jedni zapisują słowa, a drudzy je czytają. 

Zawsze słyszałem, że mam bujną wyobraźnię, dlatego powinienem być aktorem lub pisarzem. W mojej ocenie to bardzo różne profesje. Oczywiście jest wiele podobieństw między nimi, na przykład obie często wykorzystują wymyślone zdarzenia lub postacie. Dla obu, słowo pisane jest fundamentem, bez którego nie mogłyby istnieć. Nigdy nie brałem pod uwagę wykonywania tych zawodów. Życie bywa jednak przewrotne. Moja bujna fantazja została dostrzeżona. Otrzymałem propozycję napisania kilku opowiadań science fiction. Tematyka, fabuła, a nawet długość tekstu były z góry określone. Wpasowanie się w te ramy wydawało się proste, zupełnie jak na klasówce w szkole. To mnie przekonało i postanowiłem spróbować. Mimo wszystko traktowałem to jako wyzwanie i możliwość zaspokojenia mojej ciekawości z dzieciństwa. Wyobraźnia podpowiadała mi, że dam radę. Po jakimś czasie tak zdobyte doświadczenie postanowiłem wykorzystać w większym projekcie – napisania własnej książki. Bardzo szybko zrozumiałem, że sam zapał nie wystarczy, że tym razem stałem przed o wiele trudniejszym zadaniem, niż mi się wydawało. Nie było wcześniej wymyślonej fabuły, bohaterów i wątków. Wszystko musiałem ułożyć samodzielnie, a moja wyobraźnia co chwila poddawana była ciężkim próbom. W ten sposób zderzyłem się z niewidzialną ścianą, którą nazwałem twórczą. Czułem, że pokonanie jej będzie wiązało się z wewnętrzną przemianą – z autora krótkich historyjek zamkniętych w opowiadaniach w twórcę książek. Musiałem podjąć decyzję, czy chcę kontynuować i angażować się w czasochłonne hobby, które być może nigdy nie wyjdzie poza przestrzeń mojej szuflady? Potrzebowałem uzasadnienia dla samego siebie i motywacji. Wróciłem na początek i zadałem sobie pytanie ‒ dlaczego piszę książkę? Powody, które odkryłem, przekonały mnie i dały zastrzyk potrzebnej energii. 

Uświadomiłem sobie, że proces twórczy daje mi radość. Ucieczka w świat wyobraźni pozwalała mi się zrelaksować, a jednocześnie poznawać samego siebie. Pisząc nowe akapity, jestem zarazem ich pierwszym czytelnikiem. Wielokrotnie je przeglądam i oceniam, czy myśli, które chcę przekazać, zapisałem zgodnie z zamierzeniami. Czy oddają to, co chciałem przekazać i czy będą zrozumiane zgodnie z moją intencją? Jaka będzie opinia czytających?

Zauważyłem, że książka dla mnie, autora, stała się czymś więcej niż produktem w księgarni. Dawała mi niesamowitą możliwość i moc przekazywania w niemy sposób wielu rzeczy, jak myśli, refleksje, spostrzeżenia czy doświadczenia. Ograniczona jest wyłącznie wyobraźnią autora. Książka może inspirować, pozwala rozbudzać ciekawość i wpływać na wyobraźnię czytelników, jednocześnie dzieląc się swoją. To niesamowite. Tak, jestem tym zainteresowany. 

Kolejnym powodem była ciekawość, od której wszystko zresztą się zaczęło. Tym razem dotyczyła refleksji, że książkę można porównać do fotografii. Swoistą mieszankę przemyśleń, doświadczeń i wyobraźni autora, zastygłych, utrwalonych na stronach książki. Przeczytać za kilka lat ten sam tekst i ponownie poddać go ocenie. Co wtedy pomyślę? Czy moje refleksje i myśli będą podobne? Perspektywa ta wydała mi się bardzo interesująca i zachęcająca do pisania.

Świadomość wszystkich tych argumentów przekonała mnie, żeby napisać książkę – przecież wszystko, co robimy, zawsze ma jakiś cel i powód.

P. Spinel, autor książki pt. „Urlop z kradzieżą w tle”

Opublikowano

Od czasu powstania pomysłu do napisania powieści może minąć kilka lat ale gdy nadejdzie ta chwila zaczynamy pisać – o tym, jak to było w przypadku książki pt. „GEN”, opowiada autor Juliusz Adel.

Skąd czerpałem inspirację do napisania książki pt. „GEN”?

Nie wiem, kiedy pojawiła się ta myśl, a właściwie obraz pochylonego nad postawioną na biurku maszyną do pisania mężczyzny. Mała, stojąca obok lampka oświetlała powstający tekst. Miałem wtedy kilka lat. Ten mężczyzna siedział i pisał książkę – to byłem ja w przyszłości. Były zatem jakieś pomysły, rękopisy, kilka spisanych na maszynie utworów, a potem komputer.

Czas mijał, lata leciały. Kilkadziesiąt wierszy, kilkanaście opowiadań, kilka powieści, które lądowały w szufladzie.

Warszawę z różnych powodów odwiedzałem wielokrotnie. Klinika, praca, polityka, odwiedziny rodziny. Nie zgubię się w Warszawie, ale też nie mogę powiedzieć, że znam dobrze miasto. Ciekawość pcha mnie jednak między budynki.

Warto umieścić tam akcję powieści.

Dawno, dawno temu wśród nowych znajomych usłyszałem o GMO, ale nie znałem tego skrótu, więc pytam. To nie jest wstyd nie wiedzieć, wstydzę się udawania, że wiem. Długo rozmawialiśmy na ten temat, poznałem trochę szczegółów, ale było mi mało, więc sięgnąłem po kolejne informacje: czytałem artykuły, obejrzałem kilka filmów, kupiłem książki. Szczególnie inspiruje mnie historia Arpada Pusztaiego.

To jest to, o czym chciałem napisać.

Stoję całkowicie bezradny, wpatrzony w panujący na biurku bałagan. Przy każdym spotkaniu zastanawiam się, jakim cudem tak niekompetentny człowiek zostaje prezesem, w jakim celu „prawa ręka” prezesa podpuszcza tego nieradzącego sobie człowieka do popełniania kolejnych błędów.

Tych ludzi warto zapamiętać.

Jadący w celach biznesowych do Beneluksu kuzyn zaproponował mi wyjazd, bo już kiedyś byłem w Holandii. Wyjazd jest „objazdowy”, więc kilka miejscowości zwiedzam sam, ale w Brukseli jesteśmy razem. Niestety czasu mamy niewiele i spacerujemy po magicznym centrum miasta. Cudne miejsce.

Warto choć na chwilę przenieść tu bohaterów książki.

Rozmowa z dyżurnym strażnikiem, jedna brama, zostawiam telefon w skrytce, a kluczyk chowam do kieszeni, druga brama, przejście koło stołówki i „spacernika”, drzwi, jedna krata, druga krata, długi korytarz, schody, kolejna krata, czekanie w towarzystwie strażnika więziennego na otwarcie sali. Takie miejsce, taki kurs. I prowadzę wykłady, planuję, a następnie prowadzę zajęcia praktyczne, poznaję kursantów. Ludzi o różnej przeszłości i niepewnej przyszłości.

To są ludzie, o których chciałem napisać.

Tylko skończę ten kurs i wyjadę do pracy w Austrii.

Kurs kończę z opóźnieniem i muszę zrezygnować z wyjazdu do Austrii, jadę do Szwecji. Dobrze się tam czuję. Cisza, spokój, przestrzeń. Więcej pracy niż zwiedzania, ale i tak poznaję okolicę, ludzi i ich zwyczaje. Spaceruję po lesie, relaksuję się nad okolicznymi jeziorami, poznaję ludzi, którzy także inspirują. Zabytkowe XVII-wieczne siedlisko na górce ma swój klimat, jest też czas na pisanie.

Włączam w radiu stację z klasycznym szwedzkim punk rockiem, uruchamiam laptopa. Słowa spływają na ekran, tworząc zdania, zdania układają się w akapity, akapity tworzą rozdziały. Teraz już na pewno to jestem ja. Pochylam się nad klawiaturą postawionego na biurku laptopa. Mała, stojąca obok lampka oświetla klawiaturę, na ekranie pojawia się powstający tekst.

Juliusz Adel, autor książki pt. „GEN”

Opublikowano

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”?

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”

Jako inżynier, a później przedsiębiorca zawsze obracałem się w świecie faktów i liczb. Stąd mój pierwszy maraton przypadł na moją pięćdziesiątkę, na moje okrągłe urodziny. Były też inne, ważne powody. Będąc ojcem trzech córek, a następnie dziadkiem wnuczki, w prezencie na moje półwieku od każdej ze starszych córek zostałem obdarowany po jednym wnuku. Pierwszy urodził się 10 dni przed moimi urodzinami, a drugi w dzień pierwszego maratonu. W dodatku moje okrągłe urodziny przypadły w tym samym roku, w którym Polska, po burzliwej historii, weszła do grona najbardziej demokratycznych i cywilizowanych krajów – Unii Europejskiej. Tyle znaków w jednym roku! Czy można przejść obok tego wszystkiego obojętnie?

Potrzeba udokumentowania tych wszystkich zdarzeń była tak głęboka, że kiedy zacząłem pisać, to nie mogłem skończyć.

Napisałem więc moją pierwszą w życiu książkę i postanowiłem jej nadać profesjonalną formę. Miała być trochę ładniejszym pamiętnikiem mojego biegu maratońskiego, ze wspomnieniami, ilustracjami i zdjęciami z różnego okresu mojego życia.

Książka trafiła do zamkniętego grona znajomych i przyjaciół. Niektórych zainteresowała, inni odłożyli na półkę, a ja miałem wielką satysfakcję, że zobaczyłem po raz pierwszy w moim 50-letnim życiu swoje imię i nazwisko wydrukowane na okładce (prawie) prawdziwej książki. 

Takie podsumowanie swoich przeżyć i przemyśleń ma nie tylko wartość archiwalną, ale przypomina i porządkuje minione zdarzenia. Książka nadaje im określoną wagę i jest napędem do dalszych działań. Może też i dlatego moja przygoda z maratonami nie zakończyła się na jednym biegu. Historię tę opisuję we wstępie „Ósmego kontynentu”.

Następny przystanek „literacki” miał miejsce 5 lat później, po ukończeniu 10 maratonów. 

Zacząłem biegać po różnych krajach, a kiedy już miałem za sobą 10 kolejnych maratonów, kiedy pokonałem trasy maratońskie na Saharze i na Syberii wydawało mi się, że nic już mnie nie zatrzyma ani sportowo, ani w ogóle, nigdy i w niczym. Jakże głęboko się myliłem!

Upadek Lehmann Brothers za oceanem we wrześniu 2008 poprzewracał jak w domino kolejne klocki w gospodarce światowej, także w tej polskiej. Budowane wraz ze wspólnikami od 20 lat pełne sukcesów gospodarcze podwórko, w kilkanaście miesięcy obróciło się w ruinę. Dopiero w 2010 udało mi się je częściowo uratować i w pewnej, ważnej części odbudować. Czas na drugą książkę!

Pokonanie niemieszczących się wcześniej w mojej wyobraźni trudności wygenerowało kolejną potrzebę pisania, dokumentowania tego co niezwykłe, nawet w tym negatywnym sensie. 

Wyciągnąłem też wnioski z mojej pierwszej próby. Mniej osobistych wycieczek, choć całkiem od tego nie da się uciec, więcej porządku, obserwacji „chłodnym okiem”. Poprosiłem też profesjonalną panią redaktor o korektę, a profesjonalnego wydawcę o szatę graficzną. Wypadło, jak mi się wydawało wspaniale. Zwróciłem się więc do kilku wydawnictw – fajne, ale sorry, nie ma pan „nazwiska”, bo to co pan ma nie wystarczy. Znów poprzestałem więc na prywatnej edycji. Usłyszałem wiele niezależnych, pozytywnych opinii „to się czyta!”. A w mojej bibliotece, na półce przybyła kolejna pozycja z moim nazwiskiem.

Czy 10 maratonów i poturbowana światowym kryzysem firma to wystarczające powody, aby napisać ciekawą książkę? Z pewnością wielu pełnych sukcesów autorów nie miało aż takich przeżyć, no ale oni mają talent! My za to mamy pasję i nią pragniemy się dzielić. Uda się? Cóż jeszcze musi się zdarzyć, aby mnie zainspirować, a innych zainteresować?

Do 3 x sztuka! Nie wystarczył jeden maraton na piędziesiątkę! Nie starczyło 10 następnych, przeplatanych kryzysami lokalnym i światowym! Dopiero Korona Ziemi ‒ maratony na wszystkich 7 kontynentach „zmusiły” mnie do doprowadzenie sprawy do wydawniczego finału, do linii końcowej, prawdziwej mety, do wydania książki publicznie.

W 2014 r. przebiegłem jako 9. Polak maraton na Antarktydzie. W rok później, po biegu na Rapa Nui, czyli na Te Pito o Te Henua, a po naszemu Wyspie Wielkanocnej założyłem koronę ‒ Maratońską Koronę Ziemi. Dołączyłem w ten sposób do ekskluzywnego The 7 Continents Club, liczącego ok. 500 pozytywnie zakręconych pasjonatów biegania z całego świata. W dodatku całkiem przy okazji udało mi się zrobić coś jako pierwszy Polak – przede mną nikt z naszego kraju jeszcze maratonu na Wyspie Wielkanocnej nie przebiegł. Może nikt po prostu nie wiedział, że tam się biega maratony? A może za daleko? Fakt pozostaje faktem – Polak teraz już i tam potrafi.

Co mnie nakręcało? Co było największą motywacją? Co mnie gnało? Co niosło?

Czyżby nogi? Mięśnie? Ścięgna? Nie!!! To głowa, a dokładnie to co w jej wnętrzu, coś ulotnego i trudnego do opisania – nasz umysł, nasz 8 kontynent!

Trochę inspirowany pierwszą, trochę drugą, napisałem książkę nr 3, książkę – nie tylko o swoim bieganiu, a także o tym co wokół niego.

Czy tylko ja mam 8 kontynent? Czy tylko ja czerpię inspirację z wysiłku fizycznego, z dyscypliny, ze stopniowego przesuwania granic?

Bieganie to nie tylko rozwijanie mięśni, trening determinacji i pokonywania siebie. To także doskonała okazja do poznawania ciekawych ludzi o wyjątkowej osobowości.

Gdy Michael Clinton, Amerykanin, kolega z Antarktydy zaprosił mnie, podobnie jak kilku innych biegaczy z całego świata do napisania jednego rozdziału w jego książce „Tales from the Trails”, wiedziałem, że wycisnę z niego i nie tylko z niego coś podobnego. Poprosiłem więc „dziewięciu wspaniałych” do podzielenia się swoim 8. kontynentem i tak powstała ta książka.

Ci z talentem literackim piszą książki wg pewnych prawideł. Alfred Hitchcock, tworząc swe arcydzieła, mówił, że dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąć.

dr. Mariusz Szeib, autor książki „Ósmy kontynent”

Opublikowano

Jak sprzedać książkę?

Jak sprzedać książkę?

W książce „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Robert T. Kiyosaki przytacza historię znanej dziennikarki, która opanowała sztukę pisania do perfekcji i która pisała dobre książki, ale nie miała efektów sprzedażowych. Żaląc się na ten stan rzeczy autorowi, którego książki sprzedały się w nakładzie 30 milionów egzemplarzy i przez lata utrzymywały się na liście bestsellerów, usłyszała niezwykłą wskazówkę: „Powinna pani zapisać się na kurs sprzedaży”. Jej zdziwienie było ogromne i uznała tę wskazówkę za coś, co ją obraża jako dobrą pisarkę. W rezultacie wyszła obrażona ze spotkania i nie skorzystała z udzielonej rady. 

Robert Kiyosaki swoją pierwszą książkę wydał sam w systemie self-publishinbgu. Żaden wydawca nie był zainteresowany jej publikacją, wielu twierdziło, że zawarte w niej treści są nieprawdziwe i przez to nie znajdzie na nią chętnego wydawcy. Autor wydrukował książkę sam i odniósł spektakularny sukces. Stało się tak dzięki jego umiejętnościom sprzedaży, promocji i przede wszystkim dzięki zawartym w jego książce rewolucyjnym treściom.  Ważny był też upór i wiara w siebie. 

Kiyosaki to niejedyny przykład słynnego odnoszącego sukcesy autora, który samodzielnie wydawał swoje książki. Robili tak również Edgar Allan Poe, Stephen King czy E.L. James, autorka książki „Pięćdziesiąt twarzy Graya”, która odniosła jeden z największych sukcesów literackich ostatnich lat. Tylko nieliczni autorzy mogą poszczycić się takimi sukcesami, ale jak widać na przykładzie wyżej wymienionych, nie ma znaczenia, czy książkę wydajemy sami czy w tradycyjnym wydawnictwie. Ważne jest, co i jak piszemy, czy są chętni nas czytać czytelnicy, których zainteresuje nasza twórczość, szczęście, jak w każdej dziedzinie życia i czy umiemy ją sprzedać!

Co decyduje o sukcesie książki?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zadają je sobie codziennie wydawcy i pisarze na całym świecie, ale tylko nielicznym udaje się odnieść spektakularny sukces. Na pewno istotne jest to, o czym opowiada książka i czy ma szanse zainteresować potencjalnie duże grono odbiorców. Niezależnie jednak, czy jest to literatura piękna czy beletrystyka najwyższych lotów, literatura na poziomie literackiej nagrody Nobla, reportaż traktujący o ważnych zagadnieniach, czy romanse, które porywają miliony, to ważni są czytelnicy. 

Autor może tworzyć książki „do szuflady”, ale jeśli myśli o wydawaniu i sprzedaży, to musi zaproponować treści, które zainteresują innych. Nie należy jednak skupiać się na pisaniu „pod publikę”, bo dla nieznanego autora szanse, że jego książka trafi do grona dużej liczby odbiorców, jest mała. Na swoje nazwisko pisarz pracuje latami, zdobywając czytelników, kolejnymi wydanymi książkami. To proces, w trakcie którego należy pozostać w zgodzie ze swoimi upodobaniami, stylem i treściami, które zawieramy w książce. Nawet wtedy, gdy autor wyda kilka książek, które spotkają się z przychylnymi recenzjami, nie ma gwarancji, że jego twórczość trafi do milionów. Może na zawsze pozostać mało rozpoznawalnym pisarzem, który ma jednak swoje grono czytelników i sprzedaje im swoje książki. 

Jak sprzedawać książkę przed jej wydaniem?

W przeciwieństwie do XIX-wiecznych czy nawet XX-wiecznych autorów możliwości promocji i sprzedaży książek dla początkujących autorów są niewspółmiernie większe. Konkurencja oczywiście również. Pisarze zyskali potężne narzędzie w postaci internetu i mediów społecznościowych. Przytoczony przykład E.L. James, która publikowała za darmo elementy swojej słynnej książki w internecie, angażując czytelników w tworzenie fabuły, ewidentnie ilustruje, że budowanie grona zaangażowanych odbiorców można zacząć na długo przed wydaniem pierwszej książki. To tylko jeden ze sposobów promocji. 

W internecie funkcjonuje wiele osób, które w wyniku prowadzonych blogów, kont na portalach społecznościowych, gdzie publikują treści, cieszą się dużym zainteresowaniem, posiadają znaczne grono wiernych obserwatorów potencjalnie zainteresowanych zakupem ich książki. Zazwyczaj są to treści poradnikowe, od zdrowego trybu życia, psychologii, podróży do szeroko rozumianego biznesu. Tacy autorzy, zanim wydadzą książkę, gromadzą wokół siebie potencjalnych czytelników, co przekłada się później na wyniki sprzedaży. Pisarze preferujący poezję mogą zaistnieć, biorąc udział w konkursach poetyckich, a ci piszący beletrystykę mogą publikować fragmenty na dedykowanych do tego portalach internetowych. Nawet jeśli autor nie jest popularnym blogerem ani nie publikował fragmentów książki w internecie, zawsze pozostaje informowanie czytelników o książce przed jej wydaniem, np. poprzez media społecznościowe. Warto pomyśleć o zainteresowaniu nią poczytnych blogerów, którzy jeśli zgodzą się na jej przeczytanie i recenzję, mogą znacznie zwiększyć krąg zainteresowanych czytelników. 

Jak wydać książkę?

Prawidłowa odpowiedź nie brzmi: w tradycyjnym wydawnictwie lub samemu, ale starannie! Niezależnie od obranej drogi wydawniczej cały wysiłek pisarza poświęcony na napisanie książki i budowanie grona odbiorców może zniweczyć niestarannie przygotowana publikacja. Redakcja, skład, korekta i przyciągająca uwagę okładka składają się razem na jakość książki, która zależna jest nie tylko od treści i wysiłku autora, ale również od pracy wykonanej w trakcie przygotowania publikacji. Błędy ortograficzne, stylistyczne, literówki, brak profesjonalnego składu i okładki skutecznie zniechęcą czytelników do zakupu i czytania książki, nawet jeśli zawarte w niej treści są porywające. Zarówno wydając samemu, jak i u tradycyjnego wydawcy pokładamy wiarę w profesjonalizm wydawnictwa. 

W obu modelach zdarzają się jednak przypadki, gdzie wydawca nie stanął na wysokości zadania lub czasami wystarczy, że ktoś wyśle do druku błędne pliki i efekt jest, lekko mówiąc, mało zadawalający. Ważne, żeby tego pilnować i przykładać do tego dużą wagę. 

Sprzedaż książki

Autorzy, którzy zbudują grupę czytelników przed wydaniem książki, mogą liczyć na udaną premierę. Duża sprzedaż w pierwszych tygodniach po premierze niesie za sobą sporą szansę, że zainteresuje się nią większa liczba księgarni i dystrybutorów. Rynek chce zarabiać pieniądze i jeśli książka danego autora cieszy się powodzeniem, to wszyscy chcą ją sprzedawać. Tym, którzy nie wykonają tej pracy przed premierą, pozostaje liczyć na skuteczne działania promocyjne wykonane przez wydawnictwo. 

W tradycyjnym modelu to wydawnictwo ryzykuje swoje środki na wydanie książki. Koszt przygotowania publikacji, wydruk nakładu i dystrybucja leżą po stronie wydawcy. Nikt nie angażuje swoich zasobów, nie licząc na ich zwrot i zarobek, dlatego renomowane wydawnictwa promują wydawane przez siebie książki na wiele różnych sposobów. Reklamy w portalach społecznościowych, pozyskiwanie wartościowych opinii poczytnych recenzentów, reklamy na często uczęszczanych serwisach tematycznych, zgłaszanie książek do konkursów literackich. Dział PR wydawnictwa stara się zainteresować publikacją wybranych dziennikarzy, aby napisali o książce lub opowiedzieli o niej na antenie. Organizowane są konkursy w mediach, w których np. w zamian za przekazane egzemplarze, autorzy zapraszani są do audycji radiowych czy telewizyjnych. Jeśli książka porusza ważne zagadnienia społeczne, to liczba zainteresowanych mediów może być znaczna, a to przekłada się na sprzedaż. Jeśli to beletrystyka, to wciągająca historia przedstawiona w książce i nierzadko osobowość samego autora mogą mieć decydujące znaczenie dla zainteresowania dziennikarzy. Największe światowe bestsellery i uznani pisarze mogą liczyć również na bardzo drogie, odpłatne formy reklamy w sieciach księgarni, w internecie, a nawet w tradycyjnych mediach. 

Te wszystkie działania wymagają sporego zaangażowanie wydawcy i generują koszty nierzadko podobne lub większe od tych zainwestowanych w same wydanie książki. Dlatego w tradycyjnym modelu wydawniczym to wydawnictwo zatrzymuje dla siebie lwią część dochodu ze sprzedaży książki. 

Inaczej wygląda to w modelu self-publishingu. Autor sam pokrywa koszty przygotowania i publikacji książki, a wydawca zajmuje się jej dystrybucją. W tym wypadku wydawcy również zależy na sprzedaży książki autora. Sukces sprzedażowy buduje nazwisko autora i prestiż wydawcy. Wydawca otrzymuje co prawda mniejszą część dochodu, ale zajmując się wydaniem książki, dba o sukces autora.  Z racji tego, że to autor poniósł koszty, również autorowi należy się większa część zysku z jej sprzedaży. Dlatego bardzo ważne jest, aby autor w porozumieniu z wydawcą zaplanowali działania promocyjne, które wspomogą sprzedaż książki. 

W tradycyjnym modelu autor pokrywa koszty promocji pośrednio, rezygnując na rzecz wydawcy z dużej części dochodu ze sprzedaży książki. W modelu, w którym sam ponosi koszty jej publikacji, powinien zaangażować dodatkowe środki na jej promocję, a obowiązkiem wydawcy jest zapewnienie autorowi środków i narzędzi do realizacji działań marketingowych. Mogą to być wysyłki do recenzentów, promocja książki i autora na stronie internetowej wydawcy i na jego kanałach w mediach społecznościowych. Zadbanie o odpowiednią promocję i ekspozycję informacji o książce przez dystrybutora, zapewnienie dostępu do profesjonalnej obsługi PR czy negocjowanie odpłatnych form reklamy z dystrybutorami i księgarniami. W tych tematach wydawca wspiera autora, ale część obowiązków tradycyjnego wydawcy przejmuje na siebie autor.  Pieniądze, które inwestuje w marketing, podobnie jak tradycyjny wydawca, mogą zadecydować o jej sukcesie. 

W modelu self-publishingu wydawca i autor są partnerami, którzy wspólnie pracują nad sukcesem książki. To wymaga zaangażowania z obu stron. 

Kiedy autor książki odniesie sukces?

Czasami bardzo szybko, a czasami nigdy. Nikt nie zna recepty, ale każdemu autorowi i jego książce można pomóc w zaistnieniu na rynku. Składa się na to mnóstwo okoliczności, podjętych decyzji, wykonanej pracy i niekiedy szczęścia. Mówi się, że książki nieznanych autorów mają szansę się sprzedawać dopiero po trzeciej, czwartej publikacji. Na rynku są takie przykłady, ale są też spektakularne debiuty. Faktem jest, że należy cierpliwie budować grono odbiorców i liczyć, że z biegiem czasu nasza grupa czytelników urośnie na tyle, że każda kolejna książka będzie murowanym sukcesem. W końcu pisanie to nie recepta na sukces, a sposób na życie i realizacja pasji. 

Opublikowano

SŁOWA MAJĄ MOC! Czyli dlaczego napisałem INWERSJĘ?

SŁOWA MAJĄ MOC! Czyli dlaczego napisałem INWERSJĘ?

Odpowiedź, której udzielę dziś, różni się od tej, której udzieliłbym, zanim zasiadłem do pisania.  Różni się od tej, którą dałbym jeszcze między marcem a czerwcem dwa tysiące dwudziestego roku, kiedy to pracowałem nad książką. Chyba wiele osób, kiedy kończy jakieś zadanie, projekt, zauważa zmianę swojego podejścia do zagadnienia, którym się zajmowało. Jeśli nawet nieświadomie, to umysł samoistnie robi remanent, przez co można zauważyć zmianę  nastawienia do ukończonego dzieła. Dzieje się to zapewne też pod wpływem tych wszystkich okoliczności i wydarzeń, które zaszły w trakcie pracy nad danym zagadnieniem ‒ dziełem. Dokonuje się oswojenie go i głębsze zrozumienie danej kwestii. Dotyczy to nie tylko doświadczeń, których się nie spodziewałem, lecz także i tych, które były wkalkulowane w proces, lecz zanim stały się doświadczeniem fizycznym, były tylko informacją funkcjonującą w świadomości nawet niewyobrażeniem. Zmieniły jednak swoją wagę czy wartość, a przez to moje podejście do procesu, który się dokonał, uległo ewolucyjnej metamorfozie. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że napisałem INWERSJĘ, bo od lat marzyłem o tym, aby pisać powieści. Przede wszystkim napisałem ją jednak, bo słowa mają moc! 

Słowa mają MOC, by kreować całe światy, budować wielkie rzeczy, ale też, by niszczyć wszystko i zabijać wolę istnienia. Od słowa się zaczyna, bo precyzuje ono i uściśla, konkretyzuje myśli. „Słowa to czarodziejskie pchły” – śpiewa L.U.C. Nasz świat się od niego zaczyna i nim się skończy. Więc gdy chcesz cokolwiek zmienić w świecie, którego jesteś uczestnikiem, elementem, ale i demiurgiem, to słowo daję, masz dostęp do MOCY. Zrozumieć to i nauczyć się nim posługiwać, by doświadczać magicznych zdarzeń i przeżywać swoje życie w szczęściu przez duże „S”, było dla mnie jak odnalezienie źródła istnienia.

Bo pisanie działa terapeutycznie, tak jak wygadanie się przyjacielowi. Jak lekarstwo uśmierzające ból. I to fenomen, że nie tylko ten psychiczny. Okazuje się, że pisanie może poprawić stan fizyczny, a to poprzez fakt połączenia między sferami, z jakich się składamy, czyli Ciała, Umysłu i Ducha. Dowodzą tego badania naukowe między innymi przeprowadzone przez Jamesa Pennebakera z University of Texas w Austin i Joshui Smytha z Syracuse University. Przeprowadzili oni kilka prób, które pokazały, że codzienna praktyka sam na sam z własnym słowem może czynić CUDa. W eksperymentach, które przeprowadzili z udziałem chorych, grupa, która codziennie poświęcała pół godziny na opisywanie swoich przeżyć, wyniki badań wykazywały znaczną poprawę stanu zdrowia niż w grupie kontrolnej. Takie rezultaty zauważono jednakowo u chorych ze zdiagnozowanymi chorobami przewlekłymi, ale również u tych, u których zdiagnozowano choroby, na które medycyna w tym czasie nie znała lekarstwa, więc uważano ich za nieuleczalnie chorych. Skąd się biorą te rezultaty? 

Wyobraź sobie, że każdej doby w twoim umyśle pojawia się około sześćdziesięciu tysięcy myśli, a ile z nich znajduje ujście w formie słów? W zależności od twoich indywidualnych preferencji to maksymalnie jedna trzecia. A średnio to tylko jedna czwarta, w tej pozostałej części może się zapętlić coś, co cię zatrzymuje w miejscach, które są dla ciebie trudne. I takie zapętlenia są niczym przytkane arterie, powodujące niedokrwienie, a w końcu zawał. No i…? No i…

Pisząc, w skupieniu swoją uwagę koncentrujesz w sposób podobny do medytacji. Pisząc, wprowadzasz pewną strukturę i organizację do tygla niespokojnych uczuć. Do „kotła” skojarzeń, wspomnień i wyobrażeń. Łatwiej przezwyciężasz doświadczenia, a tak naprawdę emocje z nich wynikające. Bo emocje są przecież manifestacją, uproszczoną formą skojarzeń i myśli związanych z bodźcami, które odbieramy. Tłumienie negatywnych myśli związanych z trudnymi przeżyciami upośledza działanie układu odpornościowego. A wystarczy pisać przynajmniej przez 15 minut dziennie przez trzy, cztery dni. Pisać o poważnych traumach życiowych. Pisać o negatywnych doświadczeniach, które utrzymywane są w tajemnicy lub o których nie opowiesz szczegółowo innym osobom. Pisać, i w ten sposób skutecznie uwalniać się od wysiłku wkładanego w aktywne tłumienie myśli i emocji z nimi związanych. A im bardziej absorbujące są negatywne myśli, tym skuteczniejsze okaże się pisanie o nich. Pisanie ekspresywne, bo taką nazwę się przyjęło, jest skuteczną metodą i może pomóc w rozwiązaniu prawie każdego problemu psychicznego lub fizycznego związanego ze stresem. Ma też inne zalety, bo: można lepiej zrozumieć siebie i swoje emocje, dzięki temu podejmować trafniejsze decyzje (do myślenia na papierze zachęcałem już w mojej pierwszej książce zatytułowanej Kreator rozwiązań, której wznowienie ukaże się niebawem).

Dowodem na to, jak doskonałym narzędziem jest dla człowieka pisanie, są fakty zamieszczane w biografiach wielu pisarzy. Można się dowiedzieć, że tacy twórcy, jak Henry Miller, Virginia Woolf  czy Ernest Hemingway, pisali nie tylko dlatego oczywiście, że było to ich pasją – w każdym razie nie przede wszystkim z tego powodu – ale głównie dlatego, że stało się to dla nich oczyszczającym rytuałem. Prywatną, codzienną autoterapią, bez której trudno byłoby im żyć. Virginia Woolf  na przykład mówiła wprost, że to właśnie pisanie ratowało ją każdego dnia, że było dla niej tym, czym dla innych ludzi jest psychoanaliza…

I kiedy mając już pomysł na fabułę powieści, zacząłem ubierać ją w akcję, bardzo głęboko zatonąłem emocjonalnie w przedstawiane wydarzenia. Wracałem do trudnych dla mnie sytuacji. Ujawniły się znów skrzętnie skrywane wspomnienia, które tym razem pozwalałem sobie całkowicie odczuć i w pełni przeżyć do końca. Dzięki temu pozamykałem otwarte pętle myślowe, które paradoksalnie przypominają, zamkniętą przecież, wstęgę Mobiusa. Oczyściłem się z wielu negatywnych emocji i uczuć dotyczących tego, co jest już przeszłością. Pisząc natomiast o sytuacjach, które w moim życiu nie miało odzwierciedlenia, pozwalałem sobie na eksperymenty intelektualne i zabawę wyobraźnią. Mogłem sobie „pobaraszkować umysłem”. Dokonać symulacji ‒ asymilacji z inną osobowością. Dlatego pisanie Inwersji dostarczyło mi również ogrom przyjemności. Aby następnie obsypać mnie podarunkami, które wykreowałem poprzez ich zobrazowanie na stronach książki. Dlatego przekonałem się, że słowa mają MOC!!! 

Osiemdziesiąt pięć procent reklamacji wynika z niewłaściwego użytkowania zakupionego towaru. To smutna prawda oparta na statystykach z wielu branż i dziedzin. Potwierdzają to też moje osobiste  doświadczenia. I nie inaczej jest również w tym, jak ludzie używają MOCy, jaka jest w słowie. To, że słowa służą tobie do komunikacji z innymi osobnikami twojego gatunku, to nie znaczy, że we właściwy sposób komunikujesz wszechświatowi to, czego chcesz. Dlatego to, co dobre w twoim życiu zawdzięczasz sobie, ale to, co przykre i trudne niestety również. Świadomość non stop rywalizuje z naszą podświadomością. Czasem czujesz, że coś jest dobre, ale… nie, to przecież jest nieracjonalne, więc rezygnujesz, no bo może to śmieszne? A innym razem masz świadomość tego, że możesz coś zrobić. Możesz coś zmienić, nawyki, emocje czy programy powstrzymują cię jednak skutecznie przed zrobieniem choćby kroku. Wydaje się nieracjonalne to, co opisałem powyżej? 

To jak wytłumaczysz to, co opiszę za chwilę?

Kreacja rzeczywistości: Edgar Alan Poe w powieści Przygody Artura Gordona Pyma opisuje przypadek kanibalizmu zdesperowanej załogi statku, której głód zagląda w oczy, a ofiarą staje się niejaki Richard Parker. W 1884 roku doszło do takiej sytuacji faktycznie, nie tylko w dziele literackim, które zostało wydane w 1838 roku. Ciekawostką jest to, iż nazwisko zjedzonego w powieści jest identyczne, A powstała przecież czterdzieści lat wcześniej. Także data 5 lipca w ciekawy sposób wiąże powieść Poe i Migonette, czyli jednostkę, która zapadła w pamięć z tych drastycznych powodów, otóż ten dzień to data premiery powieści i data zatonięcia statku. Przypadek? Tak powie nie jeden. No to proszę dalej… W 1898 roku Morgan Robertson napisał Upadek Tytana. 14 lat później także w kwietniu tonie… Tytanik, tak jak w powieści niezatapialny i wyposażony w zbyt małą ilością szalup, aby uratować wszystkich pasażerów.

W moim przypadku pewne sformułowania wypowiedziane na głos i raz po raz powtórzone w różnych okolicznościach zadziałały niczym magiczne zaklęcia, które wszechświat zrealizował w najprostszy możliwy sposób. To, że złamałem nogę może odwlekło się w czasie o kilka lat, ale już rozstanie z pierwszą żoną zaistniało w przeciągu roku od wypowiedzianego przeze mnie zdania. Konieczność wyjazdu za granicę do pracy pojawiło się w pięć miesięcy po tym, jak rzuciłem tę myśl i wypowiedziałem te słowa w przestrzeń. Jednak nie tylko przykre doświadczenia były moim udziałem, bo i poznanie wielu ciekawych i przyjaznych ludzi, wydanie już drugiej i perspektywa kolejnych trzech książek. Znalezienie mi partnerki, która mogę powiedzieć, jest jakby wypisz wymaluj według zamówienia, zajęło Wszechowi, już tylko trzy miesiące. A zatem czynię postępy, i Wszechu też… 

Czasami dzielimy się pomysłami ze wszechświatem i odbieramy pomysły od niego. Czasem przychodzi nam coś do głowy ‒ pomysł, z którym nie czujemy się zdolni albo gotowi wystartować i porzucamy go, zapominamy, a po kilku lub kilkunastu miesiącach albo kilku latach dowiadujemy się, że ktoś gdzieś na świecie albo w miejscu, które my uznaliśmy za odpowiednie do realizacji tego projektu, zrobił to coś, co kiedyś do nas przyszło. Ja na przykład w moim wczesnonastoletnim życiu, czyli około tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, miałem pomysł połączenia instytucji sierocińca i domu spokojnej starości w jedno. Po dwudziestu kilku  latach dotarła do mnie informacja, że taki model eksperymentalnie został wdrożony w Kanadzie około dwu tysięcznego osiemnastego roku. I świetnie się sprawdza w praktyce. I to jeden z bardziej spektakularnych przykładów, a zapewne i ty masz takie doświadczenia?

Ja napisałem INWERSJĘ i jej kontynuację, aby nie tylko marzyć, ale by być kreatorem SWOJEGO życia.

Remigiusz Nestor Kalwarski, autor książki pt. „INWERSJA”

Opublikowano

O czym jest „Paranoja” – Natalia Kostrzycka

Paranoja

To powieść, którą się lubi lub się krytykuje. A wszystko przez zachowanie Anastazji, głównej bohaterki. Wbrew pozorom jej każda decyzja, każda myśl czy to, co zrobiła, jest przemyślane bardzo dokładnie. Mimo to czytelnicy odbierają Nastkę jako irytującą młodą kobietę, która nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Czy tak właśnie jest?

„Paranoja” opowiada historię młodej mężatki, Anastazji, której nie układa się w małżeństwie. Kobieta się pogubiła, podejrzewa swojego męża, Piotra, o romans. Czy mężczyzna jest niewierny? Trudno stwierdzić, pewne jest, że coś ukrywa. Wszystko komplikuje brak porozumienia między małżonkami, a to dziś problem wielu młodych ludzi, małżeństw, a także rodzin. Anastazja ucieka przed poważną rozmową z mężem. Wielu ludzi tak postępuje ‒ łatwiej jest coś odwlec, niż stawić czoło problemom. Kiedy matka kobiety ulega niegroźnemu wypadkowi i prosi ją o pomoc, ta bez zastanowienia się zgadza, a to wprowadza jeszcze większe zamieszanie. W rodzinnym domu na jej drodze staje jej pierwsza wielka miłość, sąsiad, który przed laty niespodziewanie wyprowadził się do stolicy. Uczucie, które, jak wydaje się Anastazji, od lat się w niej tliło, daje o sobie natychmiast znać. Parę chwil wystarczyło i kobieta robi dokładnie to, o co posądzała męża. Czy to naiwność? Czy zachowuje się irracjonalnie? Dlaczego? Tak wiele jest zdrad dookoła, tak wielu ludzi nie potrafi docenić tego, co ma, aż do momentu, w którym nie wydarzy się coś, co zaczyna sprawiać, że bliska osoba oddala się coraz bardziej. Z boku wygląda to wręcz nieprawdopodobnie. Każdy pomyśli, że skoro tak bardzo go kochała, dlaczego zrobiła taką głupotę? Człowiek już taki jest, robi wiele nieprzemyślanych rzeczy, których często żałuje. 

Z dnia na dzień Anastazja odkrywa nowe rodzinne sekrety, o których dotychczas nie miała pojęcia. Każda taka wiadomość coraz bardziej ją przytłacza, sprawia, że zaczyna mieć dość, czuje się coraz bardziej samotna. W pewnym momencie dowiaduje się, że osoby, które kiedyś były dla niej bardzo ważne, robiły okrutne rzeczy. Im dalej brniemy, tym bardziej zaczynamy rozumieć niektóre zachowania głównej bohaterki. Kiedy Anastazja poznaje lekarza Dawida, decyduje się na coś wręcz nieprawdopodobnego, ale czy na pewno? Mężczyzna z troski chce jej pomóc, czuje się w jakiś sposób zobowiązany, mimo że się nie znają. Kobieta zaś czuje się samotna, zagubiona i zraniona, a do tego wewnętrzny głos z wyrzutami sumienia nie daje jej spokoju, nic dziwnego, więc jej decyzje stają się coraz bardziej lekkomyślne, coraz mniej zrozumiałe i absurdalne. W końcu, kiedy wszystko zaczyna się układać, Anastazja znów zostaje wystawiona na próbę. Kobieta po raz kolejny wpada w pułapkę swoich decyzji. Aż kończy się to dla niej tragicznie. I tu pojawia się zakończenie, które jest przez czytelników bardzo różnie odbierane. Nie mogę zdradzić swojej interpretacji, bo to zbyt wiele mówiłoby, co wydarzy się w drugiej części. Jednak każdy z czytelników ma trochę racji. Kiedy poznajemy zakończenie, zastanawiamy się, kto tak naprawdę ma tutaj paranoję? Mąż? Matka? Anastazja? Siostra? Dawid? A może czytelnik? Jeśli sami nie wiecie kto, to jest to zamierzony efekt. Książka ma wiele niewyjaśnionych spraw, a samo zakończenie otwiera mi drogę do drugiej części. Jest też wiele kwestii, które chcę poruszyć w kolejnej części, więc nie zagłębiałam się w paranoi. 

Moim marzeniem jest stworzenie trylogii i chciałabym poprowadzić ją tak, aby czytelnik po przeczytaniu wszystkich trzech części poczuł w końcu uczucie, że teraz już wie wszystko, a cała fabuła połączy się w jedną całość, pozbywając go wszelkich wątpliwości.

Cieszę się również, że mogłam zwrócić w swojej książce uwagę na bardzo istotny problem, jakim jest stalking, tego nie wolno ignorować. Jakie mogą być skutki pobłażania w tak istotnej kwestii? Tego na pewno dowiecie się, czytając „Paranoję”. 

Natalia Kostrzyca

Opublikowano

Skąd się biorą książki o własnych doświadczeniach?

Skąd się biorą książki o własnych doświadczeniach?

Są osoby, które lubią się dzielić uśmiechem, dobrym humorem, miłością i troską, swoim doświadczeniem. Tym, co ulotne, i tym, co namacalne. Decyzja o dzieleniu się swoimi zasobami materialnymi jest dla wielu z nas pozornie trudniejsza, bo wtedy ich nam ubywa. Pozostawia jednak konkretny ślad. Może to być potwierdzenie bankowe przelanej kwoty, dyplom z podziękowaniem, ale może to być aparatura medyczna czy nawet budynek szkoły lub szpitala. Fundatorzy lub organizatorzy zbiórek chętnie mocują na nich swoje „wizytówki” – pamiątkowe tabliczki. Budzi to uzasadnione uznanie, ba, nawet podziw innych, a często jest także wzorem i zachętą dla nich do podobnych działań. Każdy, kto kiedyś brał udział w organizacji takich projektów, doskonale zna to uczucie ogromnej satysfakcji dzielenia się z innymi. 

Jest też inna platforma dzielenia się – to chęć opowiedzenia o swoich przemyśleniach i doświadczeniach. Wszyscy mamy w sobie coś z nauczyciela. Najpierw pobieramy nauki od tych mądrzejszych i bardziej doświadczonych, potem się nimi dzielimy z innymi. Tak bywa zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. To przecież my jesteśmy nauczycielami dla naszych dzieci. Dzielimy się swoimi doświadczeniami z koleżankami i kolegami, ze swoim zespołem w pracy.

Kiedy następuje jakieś ciekawe wydarzenie w naszym życiu, które chcemy utrwalić, najczęściej robimy zdjęcia i wrzucamy je na Facebooka. Czasem dodamy jakiś tekst, kiedyś były to albumy z fotografiami lub listy. Są jednak osoby, które mają dar od Boga do przelewania swoich myśli „na papier”, a teraz „na klawiaturę”, barwnie opisując swoje wspomnienia. Na ich podstawie powstają narracje będące osią fascynujących powieści, które potem jak ciepłe bułki rozchodzą się w stacjonarnych lub interstacjonarnych księgarniach. 

Co jednak skłania, nie tego z wrodzonym talentem, ale tego przeciętnego mieszkańca naszej planety do napisania książki? Do dzielenia się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami z innymi, głównie nieznanymi mu osobami, do dzielenia się sobą?

Zapewne wiele elementów tej decyzji jest wspólnych, a równocześnie każdy ma jakiś jeden ten swój, ten osobisty, ten jedyny, ten tylko mój.

To, że „talent od Boga” mają nieliczni, to już ustaliliśmy. Co ciekawe, nawet ci z talentem ciężko pracują, po to aby osiągnąć oglądany i jakże chętnie czytany przez nas efekt. Gdzieś przeczytałem, że nasza wspaniała noblistka Olga Tokarczuk, aby napisać 1 (słownie: jedną) książkę, musi przeczytać innych książek aż 1000 (słownie: tysiąc) – WOW!!!

Wracamy więc z powrotem z literackiego kosmosu na ziemię, do grona tych, którym Bóg talentu p. Olgi poskąpił. Aby wygenerować w sobie chęć napisania książki, musi w naszym życiu coś się wydarzyć, coś przełomowego, coś co nami wstrząśnie. Znane jest powiedzenie, że prawdziwy mężczyzna musi mieć syna, zasadzić drzewo (z upływem czasu zmieniono to w wybudowanie domu) oraz napisać książkę.

U ojców trzech córek, takich jak ja, pokusa dzielenia się swoimi myślami rośnie więc wielokrotnie, w miejsce tego syna, którego nam mieć nie dano. W dodatku jest to dzielenie, od którego wcale nie ubywa (materialnie rzecz jasna), a wręcz przybywa. Opis jednego zdarzenia, pobudza pamięć do sięgania coraz to głębiej, do wspomnień, okoliczności, motywacji i końcu jego konsekwencji lub rezultatów. Jeśli chcemy uchwycić szerszy kontekst, warto sięgnąć po inne opisy, źródła, fakty, porównać swój przypadek z innymi – no i wychodzi na przepis p. Olgi…

dr. Mariusz Szeib, autor książki Ósmy kontynent

Opublikowano

Dystrybucja książki

Dystrybucja książki.

Autor, który napisał książkę, stoi przed szeregiem wyborów. Może szukać tradycyjnego wydawcy lub zdecydować się na samodzielne wydanie swojej książki. Korzyści z tego drugiego rozwiązania opisaliśmy tutaj. Niezależnie od rodzaju wydawcy dystrybucja książki odbywa się poprzez:

  • Dystrybutorów ‒ zarówno wydawnictwa tradycyjne, jak i selfpublishingowe korzystają z tych samych dystrybutorów. Polski rynek opanowało kilku dużych dystrybutorów, z którymi umowy ma podpisane większość polskich wydawnictw. Zanim zdecydujesz się na współpracę, upewnij się, że Twój wydawca również do nich należy, a nie dystrybuuje książki jedynie poprzez własną stronę internetową lub w wybranych księgarniach, z którymi ma podpisaną umowę. Od tego zależy, czy Twoja książka będzie szeroko dostępna, czy pojawi się w ofercie w bardzo małej liczbie wybranych księgarni.
  • Księgarnie niezależne ‒ pracują bezpośrednio z wydawcami. Jest to jednak bardzo nieefektywny sposób współpracy, ponieważ te księgarnie nie kupują zbyt dużej liczby książek. Za każdym razem gdy zamawiają jeden lub dwa egzemplarze danego tytułu, wydawca musiałby im je dosyłać. To czasochłonne i kosztowne rozwiązanie i nie sprawdza się w porównaniu ze współpracą z dystrybutorami. Księgarnia, zamawiając różne tytuły od poszczególnych wydawców, rozkłada koszty logistyczne na wiele tytułów, korzysta z jednego systemu zamówień, oszczędzając czas i pieniądze. 
  • Biblioteki ‒ podobnie jak w przypadku księgarni, znacznie łatwiej dotrzeć do dużej liczby bibliotek z informacją o książce, korzystając z usług dystrybutorów. Nakłanianie poszczególnych bibliotek do zamówienia książki wydaje się działaniem karkołomnym. Dystrybutorzy informują o dostępnych w sprzedaży tytułach za pomocą swoich stron internetowych, które śledzą osoby odpowiedzialne za zamówienia. 
  • Internet ‒ księgarnie internetowe również korzystają z usług dystrybutorów. 
  • Targi książki ‒ uczestnictwo w targach to duży wydatek. Wydawnictwo posiadające w swoim portfolio książki wielu autorów może go pokryć, licząc na promocję swoich autorów i tytułów. Samodzielne pokrycie kosztów stoiska i logistyki przez autora nie ma ekonomicznego sensu.
  • Sklepy internetowe wydawnictw ‒ wiele wydawnictw sprzedaje swoje książki samodzielnie poprzez własne sklepy internetowe. Nie jest to jednak skuteczny sposób ze względu na konkurencję cenową księgarni, które często walcząc o klienta, obniżają cenę „okładkową” książki. Zasięgi internetowe takich stron też nie są duże. To powoduje, że w ten sposób sprzedaje się relatywnie mało książek.
  • Sieci handlowe ‒ tzw. literatura masowa, słynnych pisarzy lub książki poradnikowe typu przewodniki, książki kucharskie, kryminały, romanse, poradniki wydawane przez celebrytów mają szanse zaistnieć w sieciach handlowych, których główną działalnością jest np. sprzedaż artykułów spożywczych. Książki trafiają tam w wyniku podpisanych umów z wydawnictwami, po bardzo zaniżonych cenach. Zazwyczaj są to końcówki nakładów, których nie udało się sprzedać w tradycyjnych kanałach dystrybucji.
  • Spotkania autorskie ‒ wielu wydawców organizuje dla swoich poczytnych autorów spotkania z czytelnikami. Sprzedaż książek odbywa się podczas takich spotkań. Zysk ze sprzedaży generuje wydawca, który jednak pokrywa koszty dojazdu i ewentualnie noclegu autora.

Każda ze wspomnianych powyżej dróg dystrybucji wymaga wydawcy i zawartych przez niego umów. Jeżeli autor chce samodzielnie dystrybuować swoją książkę, to przy współpracy z tradycyjnym wydawcą musi ją kupić od wydawcy, zazwyczaj za połowę ceny okładkowej. Jeśli współpracuje z wydawcą w systemie self-publishingu, to jest właścicielem książki i jego koszt „zakupu” jest znacznie niższy, bo wynika jedynie z kosztów przygotowania książki i druku.

Dystrybucja książki przez autora

  • Festiwale  i spotkania literackie ‒ samodzielna organizacja spotkań z czytelnikami jest trudna ze względu na koszty i możliwość dotarcia z informacją o takim wydarzeniu do dużego grona osób. W większości przypadków dla początkującego pisarza jest to nieopłacalne. Jednak nie zawsze. W Polsce odbywają się różne imprezy, przy okazji których autorzy mogą promować i sprzedawać swoje książki. Dla przykładu podróżnicy biorący udział w festiwalach podróżniczych mogą sprzedawać tam swoje książki. Na takie, dobrze zorganizowane wydarzenia przychodzi dużo osób, które często są zainteresowane zakupem książki prelegentów. Jeśli autor zadba w porozumieniu z organizatorem o ekspozycję i możliwość sprzedaży swojej książki, to może liczyć na spore zainteresowanie ich zakupem. 
  • Trenerzy ‒ osoby zajmujące się szeroko rozumianym coachingiem, czyli trenerzy personalni, biznesowi, szkoląc ludzi mogą sprzedawać swoje książki. Osoby trafiające na szkolenia są zainteresowane wiedzą tych osób i są skłonne do ich zakupu. To samo dotyczy innych dziedzin związanych z nauką. Wykładowcy uniwersyteccy, mówcy motywacyjni, wszystkie osoby występujące publicznie i dzielące się swoją wiedzą mogą przy okazji organizowanych z ich udziałem wydarzeń sprzedawać swoje książki.
  • Internet ‒ większość autorów nie ma takich możliwości, ale są osoby, które mogą z dużym powodzeniem sprzedawać swoje książki w internecie. Dotyczy to głównie bardzo aktywnych i obserwowanych przez dziesiątki tysięcy osób twórców internetowych, na platformach społecznościowych lub blogerów. Wypracowana przez lata pozycja i znaczne grono sympatyków to klucz do sukcesu. Jeśli treści, którymi dzieli się w internecie autor, cieszą się dużym zainteresowaniem, to wydana przez niego książka ma szanse znaleźć wielu nabywców. Znane są przypadki sprzedaży przez autorów dziesiątki tysięcy egzemplarzy tym kanałem, bez korzystania z tradycyjnych kanałów dystrybucji.