Opublikowano

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”?

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”

Jako inżynier, a później przedsiębiorca zawsze obracałem się w świecie faktów i liczb. Stąd mój pierwszy maraton przypadł na moją pięćdziesiątkę, na moje okrągłe urodziny. Były też inne, ważne powody. Będąc ojcem trzech córek, a następnie dziadkiem wnuczki, w prezencie na moje półwieku od każdej ze starszych córek zostałem obdarowany po jednym wnuku. Pierwszy urodził się 10 dni przed moimi urodzinami, a drugi w dzień pierwszego maratonu. W dodatku moje okrągłe urodziny przypadły w tym samym roku, w którym Polska, po burzliwej historii, weszła do grona najbardziej demokratycznych i cywilizowanych krajów – Unii Europejskiej. Tyle znaków w jednym roku! Czy można przejść obok tego wszystkiego obojętnie?

Potrzeba udokumentowania tych wszystkich zdarzeń była tak głęboka, że kiedy zacząłem pisać, to nie mogłem skończyć.

Napisałem więc moją pierwszą w życiu książkę i postanowiłem jej nadać profesjonalną formę. Miała być trochę ładniejszym pamiętnikiem mojego biegu maratońskiego, ze wspomnieniami, ilustracjami i zdjęciami z różnego okresu mojego życia.

Książka trafiła do zamkniętego grona znajomych i przyjaciół. Niektórych zainteresowała, inni odłożyli na półkę, a ja miałem wielką satysfakcję, że zobaczyłem po raz pierwszy w moim 50-letnim życiu swoje imię i nazwisko wydrukowane na okładce (prawie) prawdziwej książki. 

Takie podsumowanie swoich przeżyć i przemyśleń ma nie tylko wartość archiwalną, ale przypomina i porządkuje minione zdarzenia. Książka nadaje im określoną wagę i jest napędem do dalszych działań. Może też i dlatego moja przygoda z maratonami nie zakończyła się na jednym biegu. Historię tę opisuję we wstępie „Ósmego kontynentu”.

Następny przystanek „literacki” miał miejsce 5 lat później, po ukończeniu 10 maratonów. 

Zacząłem biegać po różnych krajach, a kiedy już miałem za sobą 10 kolejnych maratonów, kiedy pokonałem trasy maratońskie na Saharze i na Syberii wydawało mi się, że nic już mnie nie zatrzyma ani sportowo, ani w ogóle, nigdy i w niczym. Jakże głęboko się myliłem!

Upadek Lehmann Brothers za oceanem we wrześniu 2008 poprzewracał jak w domino kolejne klocki w gospodarce światowej, także w tej polskiej. Budowane wraz ze wspólnikami od 20 lat pełne sukcesów gospodarcze podwórko, w kilkanaście miesięcy obróciło się w ruinę. Dopiero w 2010 udało mi się je częściowo uratować i w pewnej, ważnej części odbudować. Czas na drugą książkę!

Pokonanie niemieszczących się wcześniej w mojej wyobraźni trudności wygenerowało kolejną potrzebę pisania, dokumentowania tego co niezwykłe, nawet w tym negatywnym sensie. 

Wyciągnąłem też wnioski z mojej pierwszej próby. Mniej osobistych wycieczek, choć całkiem od tego nie da się uciec, więcej porządku, obserwacji „chłodnym okiem”. Poprosiłem też profesjonalną panią redaktor o korektę, a profesjonalnego wydawcę o szatę graficzną. Wypadło, jak mi się wydawało wspaniale. Zwróciłem się więc do kilku wydawnictw – fajne, ale sorry, nie ma pan „nazwiska”, bo to co pan ma nie wystarczy. Znów poprzestałem więc na prywatnej edycji. Usłyszałem wiele niezależnych, pozytywnych opinii „to się czyta!”. A w mojej bibliotece, na półce przybyła kolejna pozycja z moim nazwiskiem.

Czy 10 maratonów i poturbowana światowym kryzysem firma to wystarczające powody, aby napisać ciekawą książkę? Z pewnością wielu pełnych sukcesów autorów nie miało aż takich przeżyć, no ale oni mają talent! My za to mamy pasję i nią pragniemy się dzielić. Uda się? Cóż jeszcze musi się zdarzyć, aby mnie zainspirować, a innych zainteresować?

Do 3 x sztuka! Nie wystarczył jeden maraton na piędziesiątkę! Nie starczyło 10 następnych, przeplatanych kryzysami lokalnym i światowym! Dopiero Korona Ziemi ‒ maratony na wszystkich 7 kontynentach „zmusiły” mnie do doprowadzenie sprawy do wydawniczego finału, do linii końcowej, prawdziwej mety, do wydania książki publicznie.

W 2014 r. przebiegłem jako 9. Polak maraton na Antarktydzie. W rok później, po biegu na Rapa Nui, czyli na Te Pito o Te Henua, a po naszemu Wyspie Wielkanocnej założyłem koronę ‒ Maratońską Koronę Ziemi. Dołączyłem w ten sposób do ekskluzywnego The 7 Continents Club, liczącego ok. 500 pozytywnie zakręconych pasjonatów biegania z całego świata. W dodatku całkiem przy okazji udało mi się zrobić coś jako pierwszy Polak – przede mną nikt z naszego kraju jeszcze maratonu na Wyspie Wielkanocnej nie przebiegł. Może nikt po prostu nie wiedział, że tam się biega maratony? A może za daleko? Fakt pozostaje faktem – Polak teraz już i tam potrafi.

Co mnie nakręcało? Co było największą motywacją? Co mnie gnało? Co niosło?

Czyżby nogi? Mięśnie? Ścięgna? Nie!!! To głowa, a dokładnie to co w jej wnętrzu, coś ulotnego i trudnego do opisania – nasz umysł, nasz 8 kontynent!

Trochę inspirowany pierwszą, trochę drugą, napisałem książkę nr 3, książkę – nie tylko o swoim bieganiu, a także o tym co wokół niego.

Czy tylko ja mam 8 kontynent? Czy tylko ja czerpię inspirację z wysiłku fizycznego, z dyscypliny, ze stopniowego przesuwania granic?

Bieganie to nie tylko rozwijanie mięśni, trening determinacji i pokonywania siebie. To także doskonała okazja do poznawania ciekawych ludzi o wyjątkowej osobowości.

Gdy Michael Clinton, Amerykanin, kolega z Antarktydy zaprosił mnie, podobnie jak kilku innych biegaczy z całego świata do napisania jednego rozdziału w jego książce „Tales from the Trails”, wiedziałem, że wycisnę z niego i nie tylko z niego coś podobnego. Poprosiłem więc „dziewięciu wspaniałych” do podzielenia się swoim 8. kontynentem i tak powstała ta książka.

Ci z talentem literackim piszą książki wg pewnych prawideł. Alfred Hitchcock, tworząc swe arcydzieła, mówił, że dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąć.

dr. Mariusz Szeib, autor książki „Ósmy kontynent”

Opublikowano

Skąd się biorą książki o własnych doświadczeniach?

Skąd się biorą książki o własnych doświadczeniach?

Są osoby, które lubią się dzielić uśmiechem, dobrym humorem, miłością i troską, swoim doświadczeniem. Tym, co ulotne, i tym, co namacalne. Decyzja o dzieleniu się swoimi zasobami materialnymi jest dla wielu z nas pozornie trudniejsza, bo wtedy ich nam ubywa. Pozostawia jednak konkretny ślad. Może to być potwierdzenie bankowe przelanej kwoty, dyplom z podziękowaniem, ale może to być aparatura medyczna czy nawet budynek szkoły lub szpitala. Fundatorzy lub organizatorzy zbiórek chętnie mocują na nich swoje „wizytówki” – pamiątkowe tabliczki. Budzi to uzasadnione uznanie, ba, nawet podziw innych, a często jest także wzorem i zachętą dla nich do podobnych działań. Każdy, kto kiedyś brał udział w organizacji takich projektów, doskonale zna to uczucie ogromnej satysfakcji dzielenia się z innymi. 

Jest też inna platforma dzielenia się – to chęć opowiedzenia o swoich przemyśleniach i doświadczeniach. Wszyscy mamy w sobie coś z nauczyciela. Najpierw pobieramy nauki od tych mądrzejszych i bardziej doświadczonych, potem się nimi dzielimy z innymi. Tak bywa zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. To przecież my jesteśmy nauczycielami dla naszych dzieci. Dzielimy się swoimi doświadczeniami z koleżankami i kolegami, ze swoim zespołem w pracy.

Kiedy następuje jakieś ciekawe wydarzenie w naszym życiu, które chcemy utrwalić, najczęściej robimy zdjęcia i wrzucamy je na Facebooka. Czasem dodamy jakiś tekst, kiedyś były to albumy z fotografiami lub listy. Są jednak osoby, które mają dar od Boga do przelewania swoich myśli „na papier”, a teraz „na klawiaturę”, barwnie opisując swoje wspomnienia. Na ich podstawie powstają narracje będące osią fascynujących powieści, które potem jak ciepłe bułki rozchodzą się w stacjonarnych lub interstacjonarnych księgarniach. 

Co jednak skłania, nie tego z wrodzonym talentem, ale tego przeciętnego mieszkańca naszej planety do napisania książki? Do dzielenia się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami z innymi, głównie nieznanymi mu osobami, do dzielenia się sobą?

Zapewne wiele elementów tej decyzji jest wspólnych, a równocześnie każdy ma jakiś jeden ten swój, ten osobisty, ten jedyny, ten tylko mój.

To, że „talent od Boga” mają nieliczni, to już ustaliliśmy. Co ciekawe, nawet ci z talentem ciężko pracują, po to aby osiągnąć oglądany i jakże chętnie czytany przez nas efekt. Gdzieś przeczytałem, że nasza wspaniała noblistka Olga Tokarczuk, aby napisać 1 (słownie: jedną) książkę, musi przeczytać innych książek aż 1000 (słownie: tysiąc) – WOW!!!

Wracamy więc z powrotem z literackiego kosmosu na ziemię, do grona tych, którym Bóg talentu p. Olgi poskąpił. Aby wygenerować w sobie chęć napisania książki, musi w naszym życiu coś się wydarzyć, coś przełomowego, coś co nami wstrząśnie. Znane jest powiedzenie, że prawdziwy mężczyzna musi mieć syna, zasadzić drzewo (z upływem czasu zmieniono to w wybudowanie domu) oraz napisać książkę.

U ojców trzech córek, takich jak ja, pokusa dzielenia się swoimi myślami rośnie więc wielokrotnie, w miejsce tego syna, którego nam mieć nie dano. W dodatku jest to dzielenie, od którego wcale nie ubywa (materialnie rzecz jasna), a wręcz przybywa. Opis jednego zdarzenia, pobudza pamięć do sięgania coraz to głębiej, do wspomnień, okoliczności, motywacji i końcu jego konsekwencji lub rezultatów. Jeśli chcemy uchwycić szerszy kontekst, warto sięgnąć po inne opisy, źródła, fakty, porównać swój przypadek z innymi – no i wychodzi na przepis p. Olgi…

dr. Mariusz Szeib, autor książki Ósmy kontynent