Opublikowano

Czym może zachwycić Kraj Kwitnącej Wiśni? O Japonii, jej mieszkańcach i tamtejszej kulturze dowiecie się więcej z książki Kingi Kocimskiej Japonia. Notatki z podróży. Przeczytajcie rozmowę z Autorką.

Jak powstawała Pani książka? Był to długotrwały proces? A może „notatki z podróży” powstawały na gorąco, szybko i intensywnie, podczas jednego wyjazdu?

Właściwie i jedno, i drugie. Najpierw były to notatki spisywane na szybko w czasie podróży i zwiedzania poszczególnych miejsc. Wówczas nie przeszło mi nawet przez myśl, że kiedyś mogą przybrać formę książki. Spisywałam różne fakty i ciekawostki, jakich dowiadywałam się od przewodników i z zebranych ulotek, a do tego dodawałam krótkie podsumowanie danego dnia. Było ono rozwinięciem mojego harmonogramu, który skrupulatnie rozpisałam sobie przed podróżą, aby nie tracić czasu na sprawy organizacyjne na miejscu. Jak się potem okazało, zupełnie słusznie, ponieważ przez większość pobytu… nie miałam dostępu do Internetu ani nawet możliwości skorzystania z własnego telefonu, więc o organizowaniu czegokolwiek raczej nie było mowy! 

Po powrocie z Japonii wróciłam do notatek, aby odświeżyć swoje wspomnienia. A ponieważ moje pośpieszne pismo nie jest zbyt czytelne, zwłaszcza w podręcznym notatniku trzymanym na kolanie, postanowiłam je przepisać na czysto, tym razem bez pośpiechu. Spodobała mi się ta pamiętnikowa forma, ponieważ nie tylko umożliwiła mi powrót do Japonii w mojej głowie, lecz także stanowiła pewnego rodzaju ćwiczenie medytacyjne oraz językowe. Notatki stopniowo się rozrastały i po ponad dwóch latach pisania z przerwami zrobiło się ich tyle, że postanowiłam ubrać je w moją ulubioną formę: książki na papierze.

Jak Europejczyk czuje się, gdy po raz pierwszy ląduje w Japonii? Zupełna obcość?

Myślę, że to zależy w pewnym stopniu od kontekstu podróży. Jeśli leci się tam w interesach, a nie dla przyjemności, odbiór Japonii wydaje się zupełnie inny. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie z relacji kolegów z pracy. Oni skupiali się na dotarciu do celu i załatwieniu spraw, głównie za pomocą tłumacza. 

W moim przypadku była to bardzo osobista podróż, wymarzona przez przeszło dwie dekady. Oprócz marzeń przez ten czas również wiele czytałam o Japonii – o kulturze, zwyczajach, mitologii, estetyce, mentalności, literaturze itd. oraz uczyłam się hobbystycznie języka japońskiego. Dlatego wydaje mi się, że u mnie nie wystąpił szok kulturowy – wręcz przeciwnie: zachwyt kulturowy, ponieważ wreszcie na własnej skórze miałam okazję doświadczyć tego ogromu fascynujących rzeczy, o których wcześniej mogłam jedynie czytać. 

Sądzę jednak, że zarówno pasjonatów jak i biznesmenów w pierwszej chwili rzeczywiście ogarnia uczucie obcości i oszołomienia. Zanim jeszcze postawimy nogę na lądzie, z okiem samolotu można dostrzec, z jakiego ogromu maleńkich wysepek składa się Japonia – tych naturalnych i sztucznych. Przy podejściu do lądowania widać wiele takich skrawków lądu utworzonych w zatokach na obrzeżach i wewnątrz Tokio. To krajobraz całkowicie inny od polskiego, prawda? Drugą rzeczą, która uderza, jest system komunikacji sprawnie obsługujący dziesiątki milionów Tokijczyków w godzinach szczytu. Rozkłady jazdy czy instrukcja obsługi automatów do biletów to jedna z rzeczy, których raczej trudno nauczyć się z podręcznika. Trzeba tego zwyczajnie doświadczyć samemu, tym bardziej, że trudno uniknąć tego praktycznego aspektu w życiu codziennym. I oczywiście samo miasto – mówię tu teraz o Tokio – dosłownie przyprawia o zawrót głowy: gęsta zabudowa budynków, kolorowe neony, szyldy z zupełnie odmiennym pismem, tłumy ludzi w niewytłumaczalnie skoordynowanym i płynnym ruchu. 

Notatki stopniowo się rozrastały i po ponad dwóch latach pisania z przerwami zrobiło się ich tyle, że postanowiłam ubrać je w moją ulubioną formę: książki na papierze.

Co jest dla Pani najciekawszego w Japonii? Co najbardziej Panią urzekło?

Och, było tego tak wiele, że… wystarczyło na książkę! Przede wszystkim urzekli mnie ludzie – ich serdeczność, otwartość i chęć niesienia pomocy. A z tej podczas swojego pobytu musiałam skorzystać wielokrotnie, ponieważ dość często się gubiłam lub wpadałam w różne zabawne i czasem niezręczne sytuacje.

Gdybym jednak miała wybrać jedną rzecz, która mnie oczarowała w Japonii, postawiłabym na synkretyzm. Być może wyda się to oczywiste, bo przecież nie raz słyszymy, że Japonia jest kolebką tradycji i nowoczesności, ale rzeczywiście tak jest! Jednak usłyszeć czy przeczytać pusty slogan to nie to samo, co doświadczyć tego synkretyzmu na żywo – zwłaszcza jeśli pochodzi się z kraju i kultury, w których dominuje jednorodność, spójność i stałość tradycji, religii i kultury. Uważam, że to piękne cechy, lecz to co urzekło mnie w kulturze japońskiej to to, że Japończycy wynieśli je na kolejny poziom: nadal są oddani tradycji (obrządki, święta, wierzenia, architektura, rękodzieło) lecz jednocześnie czerpią całymi garściami z innych kultur i języków. I w fantastyczny sposób łączą je ze sobą, czy to w kulturze popularnej, wzornictwie, języku czy architekturze.

Trudno mi powiedzieć, ile jest pochwały a ile krytycznego spojrzenia w ich adaptacji do rozwijającego się świata, lecz fascynuje mnie, z jaką łatwością i elastycznością Japończycy zapożyczają obce elementy, dostosowują je do swoich potrzeb i realiów, a potem… sprzedają ten nowy produkt z powrotem na Zachód! Najprostszym przykładem może być popularne już od dawna w Polsce anime – japońskie filmy animowane. Wiele produkcji bazuje na elementach zaczerpniętych z tradycji europejskiej (np. symbole religijne, postaci i wątki historyczne, moda, zapożyczenia językowe itp.), lecz są one osadzone w realiach japońskich (miejsce akcji, architektura, mentalność).

Innym przykładem takiego eklektyzmu, z którym się zetknęłam, jest harmonijne współistnienie religii buddyjskiej, wierzeń sintoistycznych i… elementów chrześcijańskich. Przykładowo ślub jest odprawiany według zasad shintō, a pogrzeb w obrządku buddyjskim, lecz żadna z tych tradycji nie wyklucza celebrowania zachodnich walentynek, spożywania z rodziną bożonarodzeniowego obiadu, ozdabiania choinki czy odwiedzania świątecznych straganów, które są tak popularne w Europie. 

Bardziej „przyziemnym” przykładem mieszkanki kulturowej jest moda. W Japonii istnieją modowe „gangi”, które prześcigają się w pomysłowych kreacjach. W dzielnicy Akihabara można zobaczyć nastolatki ubrane w kreacje z epoki wiktoriańsko-edwardiańskiej w wydaniu sukienki mini albo gotyckie Lolity, które w swoich ubiorach mieszają koronki z ćwiekami i butami w stylu Vivienne Westwood.

Wszystko to jednak tworzą ludzie – bez nich nie byłoby tradycji, ani tych dawnych, pielęgnowanych od wieków, ani tych nowoczesnych, spajających kontrastujące elementy. 

A jakieś przeżycie bądź doświadczenie, które [w Japonii] najbardziej Panią zszokowało bądź zniesmaczyło?

Jako turystka zachwycona kulturą Japonii, a do tego na zaledwie tygodniowej wycieczce, nie miałam właściwie okazji poznać tego kraju od negatywnej strony. Jednak po rozmowach ze znajomymi Japończykami i Polakami, którzy tam mieszkają, zdaję sobie sprawę, że Kraj Kwitnącej Wiśni może przed niektórymi stawiać spore wymagania. Nie chodzi nawet o system wizowy, który skutecznie zatrzymuje napływ obcokrajowców, sprawiając, że 99% mieszkańców kraju to Japończycy. Aspekty takie jak praca często wymagają poświęcenia swojego życia prywatnego. Jeśli szef poprosi pracownika, by ten został w pracy godzinę dłużej, w słowniku podwładnego nie występuje słowo „nie”. Podobnie, jeżeli ma się do wykorzystania dziesięć dni urlopu rocznie, czasem „wypada” wziąć go mniej lub nie wziąć w ogóle, żeby pokazać lojalność wobec pracodawcy.

Niestety – tak jak w wielu innych krajach – w Japonii występują też przejawy rasizmu i braku akceptacji dla obcokrajowców. Często tylko z racji innego pochodzenia niektórzy mieszkańcy Japonii w oczach rodowitych Japończyków pozostają na zawsze obcymi, niezależnie od tego, jak długo mieszkają w danej społeczności lub jak bardzo się jej przysłużą. Nie miałam na szczęście okazji doświadczyć takiego traktowania, lecz słyszałam takie smutne historie z opowiadań znajomych, którzy się tam osiedlili. Myślę więc, że w przypadku stałego pobytu Japonia może być dla nas, Europejczyków, krajem równie pięknym, co zagadkowym, a nawet trudnym.

Jedyną dość przykrą sytuacją, która (niebezpośrednio) mi się przydarzyła, było spotkanie z pewną turystką, która wyraziła swoje oburzenie Japończykami i ich kulturą. Nie rozumiejąc, co dokładnie miała na myśli, poprosiłam, żeby opowiedziała mi, co się stało. Wyjaśniła, że podczas jednej z wycieczek autokarowych wysiadła na niewłaściwym przystanku, przez co nie wiedziała, jak ma wrócić do swojego hotelu. Próbowała znaleźć odpowiedni przystanek oraz skorzystać z taksówki, jednak bezskutecznie.  Ostatecznie w panice zaczęła wymachiwać rękami, by zatrzymać przechodniów i poprosić o pomoc. Niestety nikt jej tej pomocy nie udzielił. Przykro było mi to słyszeć, bo przecież ja również byłam jedynie turystką, jednak z dalszej rozmowy okazało się, że ta pani zupełnie nieświadomie prosiła o pomoc w sposób, który Japończycy odebrali za arogancki i wulgarny. Mogłaby uniknąć tej kłopotliwej sytuacji, gdyby przed przyjazdem poświęciła chwilę na przejrzenie jakiegoś przewodnika z praktycznymi wskazówkami. W Japonii wiele osób krępuje się mówić po angielsku z uwagi na swój akcent i przez to unika rozmów z obcokrajowcami, czego zapewne nie przeczytamy w przewodniku. Wiele źródeł natomiast podaje, że płatności dokonuje się tam nadal w znacznej mierze tylko gotówką, a karta American Express jest obsługiwana w stosunkowo niewielu miejscach. Myślę też, że niezależnie od kraju i kultury dobrym pomysłem jest nauczenie się dwóch, trzech podstawowych słów takich jak „dzień dobry” i „dziękuję” w obcym języku, bo to w jakiś magiczny sposób zawsze pomaga przełamać lody i skierować rozmowę na przyjazne tory.

Dzięki formie pamiętnikowych zapisków chciałam podzielić się z Czytelnikami zwyczajnym życiem i perypetiami, które mi się przydarzyły i których każdy z nas może doświadczyć, wybierając się do obcego kraju po raz pierwszy.

Książka Japonia. Notatki z podróży to pozycja hybrydowa, wymykająca się prostym zaszufladkowaniom. To coś więcej niż po prostu „literatura podróżnicza”. Czym dla Pani jest to dzieło?

Przede wszystkim osobistą przygodą. Dzięki formie pamiętnikowych zapisków chciałam podzielić się z Czytelnikami zwyczajnym życiem i perypetiami, które mi się przydarzyły i których każdy z nas może doświadczyć, wybierając się do obcego kraju po raz pierwszy. Swoje historie starałam się wzbogacić ciekawostkami, bo sama bardzo lubię, gdy ktoś mi opowiada o interesujących i mało znanych faktach. Zwyczajnie lubię uczyć się nowych rzeczy. 

Samo pisanie było dla mnie również ćwiczeniem językowym i swego rodzaju medytacją, oderwaniem się od rzeczywistości, nie wspominając już o treningu systematyczności. Napisanie książki utwierdziło mnie także w przekonaniu, że często można zajść o wiele dalej, idąc drobnymi kroczkami niż usiłując pokonać cały dystans jednym skokiem. To oczywiście z wykluczeniem przepaści, bo tych nie da się pokonać na raty, a wyłącznie dużym skokiem. Dla mnie jednym z takich skoków był bilet do Japonii.

Jakiemu czytelnikowi poleciłaby Pani swój tytuł w pierwszej kolejności?

Każdemu, kto lubi ciekawostki, opowieści z życia przy ciastku i kawie (albo zielonej herbacie) i choć odrobinę ciekawi go Japonia lub przynajmniej kultura dość odległa od polskiej. Książka została napisana przystępnym językiem, w krótkich rozdziałach i oprószona dozą humoru, więc prawdopodobnie każdy Czytelnik może znaleźć w niej coś dla siebie.

W książce czytelnik znajdzie dużo zdjęć, które robiła Pani podczas swojego pobytu w Japonii. Jak mają się one do tekstu? Czy traktuje Pani te zdjęcia jako odrębny sposób ekspresji – na zatrzymanie chwili – czy one raczej po prostu dopełniają literacką narrację?

Przy pisaniu tekstu zdjęcia były dla mnie tak samo istotne i pomocne jak pierwotne notatki, o których mówiliśmy wcześniej – również stanowiły podstawę książki. Pamięć ma to do siebie, że w miarę upływu czasu bywa zawodna, a dzięki zdjęciom dokładnie przypomniałam sobie chronologię wydarzeń, co znacznie ułatwiło pracę nad tekstem. 

Z zawodu i zamiłowania jestem tłumaczem, nauczycielem i fotografem, więc ze słowami i obrazami obcuję na co dzień. Są narzędziem mojej pracy, przez co stały się po części moją drugą naturą. Zdjęcia same w sobie zawsze były dla mnie środkiem „szybkiej ekspresji” – przeciwieństwem pędzla i ołówka, z których kiedyś korzystałam częściej. Jednak w przypadku tej książki miały nieco inne zadanie – miały służyć wyłącznie sprawnemu udokumentowaniu chwili, by zilustrować wydarzenia i poruszane tematy. Nie chciałam przekładać sposobu swojej pracy twórczej na wizytę w Japonii, ponieważ ominęłaby mnie upragniona przyjemność obcowania z otoczeniem – zwyczajnie skupiałabym się na kompozycji w kadrze zamiast zachwycać się Japonią.

Czy chętnie czyta Pani o Japonii? W Polsce coraz bardziej popularna staje się japońska kultura literacka. Wystarczy spojrzeć na fenomeny takich wydawnictw jak Tajfuny czy Kwiaty Orientu. Jak Pani uważa, skąd u nas takie zainteresowanie literaturą Kraju Kwitnącej Wiśni w ostatnich latach?

Tak, jak najbardziej! Moje marzenie o odwiedzeniu Japonii wykrystalizowało się dzięki fascynującym lekturom, jakie w pod koniec lat 90. odkryłam m.in. za pośrednictwem Instytutu Orientalistyki UW czy Wydziału Informacji i Kultury Ambasady Japonii w Warszawie. Wśród pierwszych zdobytych przeze mnie książek znalazły się dostępne wówczas polskie przekłady powieści i opowiadań znanych japońskich autorów takich jak Yasunari Kawabata, Jun’ichirō Tanizaki, Natsume Sōseki, Kōbō Abe czy popularny Haruki Murakami. Trafiły na półkę obok zbioru słowników, podręczników i innych pozycji na temat historii, mitologii, estetyki czy zwyczajów. Z racji pracy zagranicą od ponad dekady kontakt z Japonią mam właściwie jedynie za pomocą źródeł anglojęzycznych, przez co ominęło mnie sporo nowości wydawniczych z tej tematyki na rynku polskim. Muszę jednak przyznać, że wspaniale jest móc obecnie zobaczyć w Polsce taką różnorodność dostępnych pozycji i materiałów związanych z literaturą i kulturą Azji – jest ogromna różnica między tym, co możemy przeczytać teraz, a zakresem literatury sprzed dwudziestu lat. Wydawnictwo Tajfuny odgrywa w tym fantastyczną rolę.

Myślę, że jest wiele czynników, które wpłynęły na zainteresowanie Japonią w Polsce w ostatnich latach, nie tylko w dziedzinie literatury. Niewątpliwie swoją zasługę miało tu przystąpienie Polski do Unii Europejskiej i związane z tym ułatwienia w podróżowaniu oraz kontaktach i wymianie handlowej, co z pewnością przełożyło się na otwarcie i współpracę wielu wydawnictw. Ogromny udział, jak sądzę, miała, i być może nadal ma, popularyzacja komiksu i animacji japońskiej (mangi i anime), do której w połowie lat 90. przyczyniły się czasopisma takie jak Kawaii, Animegaido czy częściowo Secret Service. Sam zakup przez Polsat niezwykle wówczas popularnej „Czarodziejki z Księżyca” rozbudził zainteresowanie tą, jakże wtedy egzotyczną, kulturą. Swój udział miał też coraz powszechniejszy dostęp do zagranicznych kanałów telewizyjnych, popularyzacja konwentów, pojawiające się szkoły językowe oferujące naukę japońskiego i wreszcie sam Internet, który daje praktycznie nieograniczone możliwości nawiązywania kontaktów i poszerzania wiedzy. A dziś, dzięki e-bookom, podcastom, Youtube’owi, mediom społecznościowym i aplikacjom na telefon możemy dowiadywać się jeszcze więcej. Wydaje mi się, że wszystko to po części złożyło się na dostępność źródeł na temat Japonii, a co za tym idzie, pojawienie się wielu przekładów i nowych autorskich pozycji książkowych na naszym rynku.

Rozmowę z autorką przeprowadziła Agnieszka Wilczyńska. Wywiad opublikowany na portalu Twoja Księgarnia