Opublikowano

O książce „Pół gangster, pół serio” opowiada autorka, Ewa Sobel

Dlaczego napisałam książkę „Pół gangster, pół serio”?

W szkole zawsze byłam bardziej humanistką niż umysłem ścisłym. Co ciekawe, mimo wszystko jako dziecko nie lubiłam czytać. Uwielbiałam za to pisać opowiadania do szuflady. Nazwijmy to „amatorszczyzną”, bo wtedy były to takie głupoty, że głowa mała.

Z wiekiem odkryłam jednak, że kocham również czytać. W podstawówce problem polegał na tym, że narzucano mi lektury, które musiałam przeczytać w jakimś konkretnym wyznaczonym wcześniej terminie. Czytanie z obowiązku to żadna frajda. Zabawa zaczęła się wtedy, gdy sama mogłam wybrać książkę, która odpowiadała mi pod każdym względem. Fabuły, stylu czy nawet autora.

Wróćmy jednak do tematu pisania. Na długi czas porzuciłam tworzenie historii. Po prostu zwątpiłam w swoje umiejętności i zdecydowałam się na naukę języka hiszpańskiego, który zauroczył mnie od pierwszej chwili, gdy tylko miałam okazję usłyszeć jego cudowne brzmienie.

Po latach jako piętnastolatka znalazłam w internecie pewne forum, na którym ludzie amatorsko dodawali swoje opowiadania. Zerknęłam w pierwsze lepsze, którego zainteresował mnie tytuł. Tego samego dnia pochłonęłam wszystkie zamieszczone tam 38 rozdziałów wraz z krótkim epilogiem. Niejednokrotnie popłynęła mi też łza ze wzruszenia. Od niemal dziesięciu lat autorka jest moją najlepszą przyjaciółką.

Podsumowując, przeczytana historia (której tytułu nie będę zdradzać ze względu na anonimowość autorki) zainspirowała mnie pod każdym względem. Uwierzyłam w siebie i zaczęłam na nowo pisać oraz publikować anonimowo swą „małą-wielką” twórczość. Ludzie komentowali i nie chwaląc się, zbierałam całkiem niezłe recenzje. Wszystko usunęłam jednak, gdy zdecydowałam się wydać książkę.

I gdy ponownie wpadłam w ten pisarski trans, uświadomiłam sobie, że to całe moje życie i nie mogę tego ot tak porzucić. Nie pisząc, jestem nieszczęśliwa, a podczas tworzenia pośród liter składających się w zdania, odnajduję samą siebie.

Fabuła „Pół gangster, pół serio” powstała niespełna osiem lat temu i początkowo miała być opowiadaniem jednorazowym pod innym tytułem „Proszę, tylko nie TY!”. Wówczas wyrabiałam sobie jeszcze styl i nie planowałam wydania. Zawsze o tym marzyłam, ale w tamtym okresie nie sądziłam, że moja pisania nadaje się na pełnoprawną książkę. Rok temu odważyłam się jednak i podjęłam decyzję swojego życia. Zaczęłam dopieszczać historię pod każdym względem. Milion razy potrafiłam wrócić do początku i dopisać coś nowego lub poprawić szyk zdania. Uwielbiam romanse z domieszką kryminału, mafii w tle i dużej dawki humoru, dlatego taką też historię starałam się stworzyć. Moja polonistka ze szkoły średniej po przedpremierowej lekturze ponoć była zachwycona, więc cóż mogę dodać?

Chyba tylko tyle, że tom drugi już się pisze, a głowa pełna pomysłów i bujnej wyobraźni tworzy też całkiem inne, nowe opowieści.

Życzę przyjemnej lektury! 😀

Ewa Sobel

Opublikowano

O książce pt. „Hegemon Apopi” opowiada Justyna Komuda

Dlaczego napisałam Hegemon Apopi?

Wydaje mi się, że Hegemon Apopi zrodziła się w mojej głowie już bardzo dawno temu. Właściwie to jestem tego pewna. Jeden z głównych bohaterów pojawił się w moich myślach już we wczesnych latach gimnazjalnych, a i sama Apopi wyklarowała się chwilę później. Obie postaci mocno ewoluowały od tamtego czasu, ale prawdą jest, że już wtedy istniały.

Parokrotnie przymierzałam się do napisania tej książki, ale życie odciągało mnie od niej, w typowy dla siebie sposób – szkoła, studia, praca, dom, a później jeszcze wyprowadzka w nieznane do Berlina. Tak wiele powodów by nigdy nie dokończyć powieści, ale jednak… 

Zanim przejdę do sedna to chciałabym jeszcze zaznaczyć, że Hegemon Apopi powstała ponieważ była moją wymarzoną książką. Często przecież zdarza się, że człowiek czytając powieść czy oglądając film, serial myśli sobie – czemu ci bohaterowie tak robią, ja bym postąpił/a inaczej lub w ogóle chętnie zmieniłbym/łabym bieg wydarzeń. Właśnie dlatego ja – wiecznie poszukująca powieści, która mnie w pełni zadowoli – zrozumiałam że muszę napisać ją sobie sama. Nie chodzi mi oczywiście o to, że wyszłam z założenia, iż stworzę coś lepszego niż inni, ale raczej o to, że będę mogła zawrzeć dokładnie takie treści jakie mnie interesują i ulepić takie postaci, jakich zawsze poszukiwałam.

Tak więc pomysł i powód już był, ale jednak nie było działania, aż trafił mi się okres w życiu kiedy nie miałam farta w doborze literatury. Parokrotnie chwytałam po książki, które złe nie były, ale nie były też dla mnie. Wtedy właśnie machina ruszyła, wzięłam się za siebie. Usiadłam do komputera i zaczęłam pisać – bo chciałam tej historii, tego świata i tych postaci. I to właśnie one doprowadziły mnie do końca. Nie chcę być patetyczna, ale naprawdę kocham moich bohaterów. Uważam, że zasługiwali na to by wypuścić ich na zewnątrz z mojej głowy – było im tam za ciasno, – a kiedy przenieśli się na papier to zaczęli żyć tak naprawdę i do tego nieźle dokazywać. Najbardziej lubię w nich, ich niedoskonałości. Dalecy są od ideałów, mają trudne charaktery i sporo wad. Potrafią też być w tym całkiem zabawni. Dlatego są idealnym materiałem do kreowania historii o budowaniu relacji. Bo tym właśnie jest Hegemon Apopi powieścią – o zetknięciu się różnych charakterów, o zacieśnianiu nieoczywistych więzi – zawartą w formie utworu fantasy.

Teraz moi bohaterowie są gotowi by ruszyć na głębokie wody i choć boję się o nich to też bardzo w nich wierzę bo tak długo mnie przecież męczyli żeby ich wypuścić, że nie pozostaje mi nic innego jak być z nich dumną i wspierać ich z całych sił.

Opublikowano

Skąd pomysł na książkę pt. „9 ognisk” – Marek Tomalik

Dlaczego napisałem tę książkę? Po co to wszystko?

Bo ją nosiłem w sobie od kilku lat. Bo lubię pisać, a nade wszystko lubię się dzielić tym, co mam. Pierwotnie książka miała łączyć fizykę kwantową i mistycyzm rdzennych kultur, ale wymknęła się spod kontroli i poszła szerzej. Jej zamysł i koncepcja w obecnym kształcie zmaterializowały się w ciągu 30 minut w czasie spaceru po lesie, pierwszego po lockdownie w marcu 2020.  

To, o czym piszę, zaprzątało mi głowę od dawna. Bardzo powoli to oswajałem. Dużo czytałem. Łamałem umysł, bo racjonalnie nie mogłem wchłonąć. Czego? Tego, że nauka, której jesteśmy beneficjentami, nie daje rady, że rozmija się z wiedzą, że zamiast patrzeć holistycznie szatkuje nam świat na puzzle i nawet nie chce ich złożyć. I to, że tego nie zauważamy, bo w tym wyrośliśmy. I raczej nie umiemy patrzeć z różnych pespektyw. 

William Blake zauważył ten problem już ponad 200 lat temu, i to dlatego w swoim poemacie umieścił Newtona z cyrklem na dnie oceanu. I za to szanuję Blake’a, za jego wizjonerskie podejście do rzeczywistości. Za odwagę, bo w XVIII wieku panoszył się rygoryzm, nie tylko moralny… Mistyk Blake często pojawia się w mojej książce, zresztą moja koncepcja dziewięciu ognisk oparta jest na dziewięciu nocach poematu „Czterej Zoa”. Nieco wcześniej Blake zaistniał z „Małżeństwem Nieba i Piekła” w mojej książce „Lady Australia” (2012). Tu, w „9 OGNISKACH”, kontynuuje misję, a właściwie to ja służę jego misji… 

Z tą „nauką” idzie w dyskurs wiedza (od drugiej okładki, rozdziały 7–9), którą mają, a na pewno mieli, ludzie rozsianych po świecie rdzennych kultur. Rozmawiam z kilkoma z Australii, i z jednym z Meksyku. Idee się przenikają, i schodzą w środku książki, czyli w jej końcu. Zamysł podwójnej okładki prowokuje do kręcenia książką, podobnie jak Rdzenni Australijczycy, szukając perspektywy z lotu ptaka, obracają fotografię we wszystkich kierunkach. A ci, z którymi przy ognisku rozmawiam, to moi mates, zacni przyjaciele drogi. W książce składam im hołd. Moje życie bez nich nie byłoby tak „kolorowe” 😊   

A dlaczego tyle cytatów? Po pierwsze – dla oddechu od gęstej treści dialogów, po drugie – aby sięgnąć po więcej, po treści lepsze, jeśli tylko temat wciągnął. Moje poszukiwania trwały długo, odsiałem wiele. Czytelnikowi pozostawiłem tylko najlepsze ziarna. 

Wkroczyliśmy w Erę Wodnika, w wielu wymiarach szykuje się potężna zmiana. I lepiej oswoić sobie łamanie perspektyw, bo łatwiej będzie przebrnąć tę epokową granicę. Toteż moja książka może się tu przydać. Jest filarecka – łam czego rozum nie złamie 😊 Sarkazm, bo nie cierpię Mickiewicza. A piszę o tym dlatego, żeby czytając „9 OGNISK” przypadkiem nie dać się złapać, że tu takie wszystko logiczne i poukładane. Guzik prawda! Lepiej złapać dystans, do siebie i swoich problemów, do świata, i do…fantasmagorii autora.  

Opublikowano

Dlaczego napisałam książkę o Japonii – Kinga Kocimska

Dlaczego Japonia?

Moje zainteresowanie Japonią nie pojawiło się od razu. Na początku, jak zapewne u wielu innych miłośników tego kraju i kultury, była to fascynacja mangą i anime, czyli japońskim komiksem i animacją. W moim przypadku przygoda z Krajem Kwitnącej Wiśni rozpoczęła się w połowie lat 90. od zauroczenia „Czarodziejką z Księżyca”. Gdy byłam w podstawówce, żadna z wieczorynek (nie ujmując oczywiście nic półjapońskiej przecież „Pszczółce Mai”!) nie przemawiała do mnie tak jak tamta produkcja. Nie miałam wtedy pojęcia, że powstają filmy animowane, które przedstawiają postaci złożone, mające osobowość i historię życia, że może być w tym coś więcej niż tylko kreskówka. I tak stopniowo poprzez przygody Usagi Tsukino i jej koleżanek zaczęłam zagłębiać się w tę zupełnie dla mnie nową kulturę. 

W liceum przyszedł czas na zapoznanie się z innymi aspektami Japonii – sięgnięcie do historii, mitologii, literatury, języka. Wyszukiwałam wszystkie możliwe wówczas do zdobycia pozycje wydawnicze, które mogłyby mi pomóc lepiej poznać japońską kulturę. Na maturze z języka polskiego wybrałam temat, który pozwolił mi wykorzystać w wypracowaniu powieść „Sedno rzeczy” autorstwa Sōseki Natsumego. Ryzyko się opłaciło, bo pomimo oczywistego braku tego tekstu w spisie lektur, zdałam z całkiem niezłym wynikiem. Naturalną koleją rzeczy była decyzja o podjęciu studiów japonistycznych. Niestety spełzła na niczym z racji wybitnie drobnych oczek w sicie egzaminów wstępnych. Ostatecznie ukończyłam anglistykę, co również było dobrym wyborem, ponieważ znajomość tego języka otworzyła mi wiele innych furtek, w tym ogrom materiałów związanych z Japonią, które nie były dostępne po polsku. 

Pomimo zupełnie innego obrotu spraw, niż chciałam, Japonia wciąż zaglądała w moją codzienność, choćby przez hobbystyczną naukę języka, sztukę, filmy czy kontakt z Japończykami za pomocą listów czy popularnego wówczas komunikatora ICQ. Perspektywy znacznie się poszerzyły po wejściu Polski do Unii Europejskiej i związanymi z tym ułatwieniami w podróżowaniu. Pracowałam jako nauczyciel i tłumacz języka angielskiego, gdy narodził się pomysł wyjazdu do Szkocji. Tu Japonia stała się jeszcze bardziej dostępna z uwagi na wielokulturowość Wielkiej Brytanii, dzięki czemu miałam okazję nawiązać nowe przyjaźnie z kręgu japońskiej kultury. Gdy rozpoczęłam studia fotograficzne w Edynburgu, Japonia zeszła na drugi plan, ponieważ całą uwagę i czas poświęcałam rozwijaniu nowej pasji i umiejętności. Pewnego dnia, po odebraniu dyplomu ukończenia studiów, zupełnie niespodziewanie otrzymałam od brata w prezencie… bilet do Japonii! I wszystko odżyło na nowo.

Japonia skrywa tak wiele ciekawostek i – w zachodnim odczuciu – sprzeczności, że nie sposób jest zawrzeć tak szerokiego tematu w krótkim akapicie. Jednym z fascynujących aspektów tego kraju jest połączenie tradycji i nowoczesności, które są widoczne praktycznie na każdym kroku: od umeblowania pokoju po sposób spożywania posiłku. Oczywiście wiadomo jest, że Kraj Kwitnącej Wiśni stoi także za mniej chlubnymi epizodami zapisanymi na kartach historii, zresztą jak wiele innych państw. Mimo to myślę, że wspaniale jest móc poznać kulturę tak inną od naszej i móc osobiście doświadczyć jej różnorakich aspektów: muzyki, sztuki, wzornictwa, architektury, kuchni, zwyczajów, historii, języka. Mam nadzieję, że te opowiadania choć nieco przybliżą zaciekawionym tematem czytelnikom ten niezwykły kraj.

Skąd pomysł na książkę?

Książka powstała właściwie zupełnym przypadkiem. Można by rzec, że zaczęła powstawać niepostrzeżenie i prawie samoistnie – od notatek zapisanych na szybko w podręcznym notesie, na kolanie w podróży. Stąd tytuł roboczy „Japonia. Notatki z podróży”, który został już tytułem właściwym, bo najtrafniej oddaje zawartość tego zbioru kartek. Zapiski zaczęły przyjmować dłuższą formę niedługo po powrocie z Japonii – pierwotnie tylko po to, aby utrwalić niesamowite wspomnienia. Pamięć po pewnym czasie lubi płatać figle, więc pomyślałam, że warto zawczasu stworzyć sobie taką „kopię zapasową”. Swoje notatki weryfikowałam wiedzą i informacjami z innych źródeł, aby mój pamiętnik miał też jakąś wymierną wartość merytoryczną. Dopisywałam kolejne szczegóły, które przypominały mi się, gdy wracałam do zdjęć z wyjazdu i tym sposobem tekstu przybywało. W końcu zrobiło się go tyle, że postanowiłam go uporządkować, nadając my śródtytuły dla lepszej orientacji w treści. W pewnym sensie dopiero przy spisywaniu wspomnień uzmysłowiłam sobie, jakiego bogactwa przeżyć udało mi się doświadczyć w ciągu zaledwie dziesięciu dni (choć tak naprawdę tych dni było o wiele więcej, o czym będzie można przeczytać w książce). 

Swoje notatki pisałam tak, jakbym opowiadała o swoich przygodach rodzinie i przyjaciołom na spotkaniu przy herbacie. Stąd drugi powód ubrania notatek w formę książki – aby móc podzielić się niezwykłymi przeżyciami z każdym znajomym, który mnie pytał, jak minął mi pobyt w Japonii. Słuchacz musiałby prawdopodobnie wypić hektolitry herbaty, zanim zdążyłabym opowiedzieć mu o wszystkich perypetiach, więc książka, do której można sięgnąć w dowolnej chwili i przeczytać tekst w swoim ulubionym tempie, wydaje się nieco praktyczniejszym rozwiązaniem.

Trzecim, również dość praktycznym powodem, było obcowanie z językiem polskim. Od ponad dwunastu lat na co dzień w większości posługuję się językiem angielskim, więc praca z obszernym tekstem po polsku pozwoliła mi na powrót do równowagi językowej.

Ostatnim powodem było zachowanie zdjęć w formie, do której lubię wracać – albumu oraz książki. Z zawodu i pasji obcuję z tekstem i obrazem, a do tego bardzo bliski jest mi papier, więc łączenie tych elementów w procesie powstawania książki sprawiło mi ogromną przyjemność.

Oczywiście samo wydanie książki okazało się przy okazji bardzo ciekawym i pouczającym doświadczeniem. Zapoznałam się w praktyce z procesem wydawniczym: od pracy redaktora, grafika i korektora (którym bardzo dziękuję za wspaniałą współpracę!) po dane techniczne wymagane przez drukarnię. 

Po rozdaniu w prezencie zaplanowanych stu egzemplarzy, projekt miał się skończyć. I tak by było, gdyby nie zapowiedź przez Netflix premiery nowej odsłony „Czarodziejki z Księżyca” w czerwcu tego roku. A ponieważ moja przygoda z Japonią zaczęła się właśnie od tego serialu, uznałam, że warto dać szansę tekstowi, jeśli mógłby sprawić choć trochę radości również innym wielbicielom Czarodziejki oraz czytelnikom zainteresowanym Japonią.

Kinga Kocimska (ur. 1982) pochodzi ze Sławacinka Starego pod Białą Podlaską. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Abertay University (Dundee, Szkocja), członek British Institute of Professional Photography. Z pasji i zawodu fotografuje, tłumaczy i uczy języka angielskiego. Miłośniczka odkrywania nowych rzeczy. Pośród jej wielu zainteresowań szczególne miejsce zajmują Japonia, koty i papier.

Opublikowano

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”?

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”

Jako inżynier, a później przedsiębiorca zawsze obracałem się w świecie faktów i liczb. Stąd mój pierwszy maraton przypadł na moją pięćdziesiątkę, na moje okrągłe urodziny. Były też inne, ważne powody. Będąc ojcem trzech córek, a następnie dziadkiem wnuczki, w prezencie na moje półwieku od każdej ze starszych córek zostałem obdarowany po jednym wnuku. Pierwszy urodził się 10 dni przed moimi urodzinami, a drugi w dzień pierwszego maratonu. W dodatku moje okrągłe urodziny przypadły w tym samym roku, w którym Polska, po burzliwej historii, weszła do grona najbardziej demokratycznych i cywilizowanych krajów – Unii Europejskiej. Tyle znaków w jednym roku! Czy można przejść obok tego wszystkiego obojętnie?

Potrzeba udokumentowania tych wszystkich zdarzeń była tak głęboka, że kiedy zacząłem pisać, to nie mogłem skończyć.

Napisałem więc moją pierwszą w życiu książkę i postanowiłem jej nadać profesjonalną formę. Miała być trochę ładniejszym pamiętnikiem mojego biegu maratońskiego, ze wspomnieniami, ilustracjami i zdjęciami z różnego okresu mojego życia.

Książka trafiła do zamkniętego grona znajomych i przyjaciół. Niektórych zainteresowała, inni odłożyli na półkę, a ja miałem wielką satysfakcję, że zobaczyłem po raz pierwszy w moim 50-letnim życiu swoje imię i nazwisko wydrukowane na okładce (prawie) prawdziwej książki. 

Takie podsumowanie swoich przeżyć i przemyśleń ma nie tylko wartość archiwalną, ale przypomina i porządkuje minione zdarzenia. Książka nadaje im określoną wagę i jest napędem do dalszych działań. Może też i dlatego moja przygoda z maratonami nie zakończyła się na jednym biegu. Historię tę opisuję we wstępie „Ósmego kontynentu”.

Następny przystanek „literacki” miał miejsce 5 lat później, po ukończeniu 10 maratonów. 

Zacząłem biegać po różnych krajach, a kiedy już miałem za sobą 10 kolejnych maratonów, kiedy pokonałem trasy maratońskie na Saharze i na Syberii wydawało mi się, że nic już mnie nie zatrzyma ani sportowo, ani w ogóle, nigdy i w niczym. Jakże głęboko się myliłem!

Upadek Lehmann Brothers za oceanem we wrześniu 2008 poprzewracał jak w domino kolejne klocki w gospodarce światowej, także w tej polskiej. Budowane wraz ze wspólnikami od 20 lat pełne sukcesów gospodarcze podwórko, w kilkanaście miesięcy obróciło się w ruinę. Dopiero w 2010 udało mi się je częściowo uratować i w pewnej, ważnej części odbudować. Czas na drugą książkę!

Pokonanie niemieszczących się wcześniej w mojej wyobraźni trudności wygenerowało kolejną potrzebę pisania, dokumentowania tego co niezwykłe, nawet w tym negatywnym sensie. 

Wyciągnąłem też wnioski z mojej pierwszej próby. Mniej osobistych wycieczek, choć całkiem od tego nie da się uciec, więcej porządku, obserwacji „chłodnym okiem”. Poprosiłem też profesjonalną panią redaktor o korektę, a profesjonalnego wydawcę o szatę graficzną. Wypadło, jak mi się wydawało wspaniale. Zwróciłem się więc do kilku wydawnictw – fajne, ale sorry, nie ma pan „nazwiska”, bo to co pan ma nie wystarczy. Znów poprzestałem więc na prywatnej edycji. Usłyszałem wiele niezależnych, pozytywnych opinii „to się czyta!”. A w mojej bibliotece, na półce przybyła kolejna pozycja z moim nazwiskiem.

Czy 10 maratonów i poturbowana światowym kryzysem firma to wystarczające powody, aby napisać ciekawą książkę? Z pewnością wielu pełnych sukcesów autorów nie miało aż takich przeżyć, no ale oni mają talent! My za to mamy pasję i nią pragniemy się dzielić. Uda się? Cóż jeszcze musi się zdarzyć, aby mnie zainspirować, a innych zainteresować?

Do 3 x sztuka! Nie wystarczył jeden maraton na piędziesiątkę! Nie starczyło 10 następnych, przeplatanych kryzysami lokalnym i światowym! Dopiero Korona Ziemi ‒ maratony na wszystkich 7 kontynentach „zmusiły” mnie do doprowadzenie sprawy do wydawniczego finału, do linii końcowej, prawdziwej mety, do wydania książki publicznie.

W 2014 r. przebiegłem jako 9. Polak maraton na Antarktydzie. W rok później, po biegu na Rapa Nui, czyli na Te Pito o Te Henua, a po naszemu Wyspie Wielkanocnej założyłem koronę ‒ Maratońską Koronę Ziemi. Dołączyłem w ten sposób do ekskluzywnego The 7 Continents Club, liczącego ok. 500 pozytywnie zakręconych pasjonatów biegania z całego świata. W dodatku całkiem przy okazji udało mi się zrobić coś jako pierwszy Polak – przede mną nikt z naszego kraju jeszcze maratonu na Wyspie Wielkanocnej nie przebiegł. Może nikt po prostu nie wiedział, że tam się biega maratony? A może za daleko? Fakt pozostaje faktem – Polak teraz już i tam potrafi.

Co mnie nakręcało? Co było największą motywacją? Co mnie gnało? Co niosło?

Czyżby nogi? Mięśnie? Ścięgna? Nie!!! To głowa, a dokładnie to co w jej wnętrzu, coś ulotnego i trudnego do opisania – nasz umysł, nasz 8 kontynent!

Trochę inspirowany pierwszą, trochę drugą, napisałem książkę nr 3, książkę – nie tylko o swoim bieganiu, a także o tym co wokół niego.

Czy tylko ja mam 8 kontynent? Czy tylko ja czerpię inspirację z wysiłku fizycznego, z dyscypliny, ze stopniowego przesuwania granic?

Bieganie to nie tylko rozwijanie mięśni, trening determinacji i pokonywania siebie. To także doskonała okazja do poznawania ciekawych ludzi o wyjątkowej osobowości.

Gdy Michael Clinton, Amerykanin, kolega z Antarktydy zaprosił mnie, podobnie jak kilku innych biegaczy z całego świata do napisania jednego rozdziału w jego książce „Tales from the Trails”, wiedziałem, że wycisnę z niego i nie tylko z niego coś podobnego. Poprosiłem więc „dziewięciu wspaniałych” do podzielenia się swoim 8. kontynentem i tak powstała ta książka.

Ci z talentem literackim piszą książki wg pewnych prawideł. Alfred Hitchcock, tworząc swe arcydzieła, mówił, że dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąć.

dr. Mariusz Szeib, autor książki „Ósmy kontynent”

Opublikowano

Jak sprzedać książkę?

Jak sprzedać książkę?

W książce „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Robert T. Kiyosaki przytacza historię znanej dziennikarki, która opanowała sztukę pisania do perfekcji i która pisała dobre książki, ale nie miała efektów sprzedażowych. Żaląc się na ten stan rzeczy autorowi, którego książki sprzedały się w nakładzie 30 milionów egzemplarzy i przez lata utrzymywały się na liście bestsellerów, usłyszała niezwykłą wskazówkę: „Powinna pani zapisać się na kurs sprzedaży”. Jej zdziwienie było ogromne i uznała tę wskazówkę za coś, co ją obraża jako dobrą pisarkę. W rezultacie wyszła obrażona ze spotkania i nie skorzystała z udzielonej rady. 

Robert Kiyosaki swoją pierwszą książkę wydał sam w systemie self-publishinbgu. Żaden wydawca nie był zainteresowany jej publikacją, wielu twierdziło, że zawarte w niej treści są nieprawdziwe i przez to nie znajdzie na nią chętnego wydawcy. Autor wydrukował książkę sam i odniósł spektakularny sukces. Stało się tak dzięki jego umiejętnościom sprzedaży, promocji i przede wszystkim dzięki zawartym w jego książce rewolucyjnym treściom.  Ważny był też upór i wiara w siebie. 

Kiyosaki to niejedyny przykład słynnego odnoszącego sukcesy autora, który samodzielnie wydawał swoje książki. Robili tak również Edgar Allan Poe, Stephen King czy E.L. James, autorka książki „Pięćdziesiąt twarzy Graya”, która odniosła jeden z największych sukcesów literackich ostatnich lat. Tylko nieliczni autorzy mogą poszczycić się takimi sukcesami, ale jak widać na przykładzie wyżej wymienionych, nie ma znaczenia, czy książkę wydajemy sami czy w tradycyjnym wydawnictwie. Ważne jest, co i jak piszemy, czy są chętni nas czytać czytelnicy, których zainteresuje nasza twórczość, szczęście, jak w każdej dziedzinie życia i czy umiemy ją sprzedać!

Co decyduje o sukcesie książki?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zadają je sobie codziennie wydawcy i pisarze na całym świecie, ale tylko nielicznym udaje się odnieść spektakularny sukces. Na pewno istotne jest to, o czym opowiada książka i czy ma szanse zainteresować potencjalnie duże grono odbiorców. Niezależnie jednak, czy jest to literatura piękna czy beletrystyka najwyższych lotów, literatura na poziomie literackiej nagrody Nobla, reportaż traktujący o ważnych zagadnieniach, czy romanse, które porywają miliony, to ważni są czytelnicy. 

Autor może tworzyć książki „do szuflady”, ale jeśli myśli o wydawaniu i sprzedaży, to musi zaproponować treści, które zainteresują innych. Nie należy jednak skupiać się na pisaniu „pod publikę”, bo dla nieznanego autora szanse, że jego książka trafi do grona dużej liczby odbiorców, jest mała. Na swoje nazwisko pisarz pracuje latami, zdobywając czytelników, kolejnymi wydanymi książkami. To proces, w trakcie którego należy pozostać w zgodzie ze swoimi upodobaniami, stylem i treściami, które zawieramy w książce. Nawet wtedy, gdy autor wyda kilka książek, które spotkają się z przychylnymi recenzjami, nie ma gwarancji, że jego twórczość trafi do milionów. Może na zawsze pozostać mało rozpoznawalnym pisarzem, który ma jednak swoje grono czytelników i sprzedaje im swoje książki. 

Jak sprzedawać książkę przed jej wydaniem?

W przeciwieństwie do XIX-wiecznych czy nawet XX-wiecznych autorów możliwości promocji i sprzedaży książek dla początkujących autorów są niewspółmiernie większe. Konkurencja oczywiście również. Pisarze zyskali potężne narzędzie w postaci internetu i mediów społecznościowych. Przytoczony przykład E.L. James, która publikowała za darmo elementy swojej słynnej książki w internecie, angażując czytelników w tworzenie fabuły, ewidentnie ilustruje, że budowanie grona zaangażowanych odbiorców można zacząć na długo przed wydaniem pierwszej książki. To tylko jeden ze sposobów promocji. 

W internecie funkcjonuje wiele osób, które w wyniku prowadzonych blogów, kont na portalach społecznościowych, gdzie publikują treści, cieszą się dużym zainteresowaniem, posiadają znaczne grono wiernych obserwatorów potencjalnie zainteresowanych zakupem ich książki. Zazwyczaj są to treści poradnikowe, od zdrowego trybu życia, psychologii, podróży do szeroko rozumianego biznesu. Tacy autorzy, zanim wydadzą książkę, gromadzą wokół siebie potencjalnych czytelników, co przekłada się później na wyniki sprzedaży. Pisarze preferujący poezję mogą zaistnieć, biorąc udział w konkursach poetyckich, a ci piszący beletrystykę mogą publikować fragmenty na dedykowanych do tego portalach internetowych. Nawet jeśli autor nie jest popularnym blogerem ani nie publikował fragmentów książki w internecie, zawsze pozostaje informowanie czytelników o książce przed jej wydaniem, np. poprzez media społecznościowe. Warto pomyśleć o zainteresowaniu nią poczytnych blogerów, którzy jeśli zgodzą się na jej przeczytanie i recenzję, mogą znacznie zwiększyć krąg zainteresowanych czytelników. 

Jak wydać książkę?

Prawidłowa odpowiedź nie brzmi: w tradycyjnym wydawnictwie lub samemu, ale starannie! Niezależnie od obranej drogi wydawniczej cały wysiłek pisarza poświęcony na napisanie książki i budowanie grona odbiorców może zniweczyć niestarannie przygotowana publikacja. Redakcja, skład, korekta i przyciągająca uwagę okładka składają się razem na jakość książki, która zależna jest nie tylko od treści i wysiłku autora, ale również od pracy wykonanej w trakcie przygotowania publikacji. Błędy ortograficzne, stylistyczne, literówki, brak profesjonalnego składu i okładki skutecznie zniechęcą czytelników do zakupu i czytania książki, nawet jeśli zawarte w niej treści są porywające. Zarówno wydając samemu, jak i u tradycyjnego wydawcy pokładamy wiarę w profesjonalizm wydawnictwa. 

W obu modelach zdarzają się jednak przypadki, gdzie wydawca nie stanął na wysokości zadania lub czasami wystarczy, że ktoś wyśle do druku błędne pliki i efekt jest, lekko mówiąc, mało zadawalający. Ważne, żeby tego pilnować i przykładać do tego dużą wagę. 

Sprzedaż książki

Autorzy, którzy zbudują grupę czytelników przed wydaniem książki, mogą liczyć na udaną premierę. Duża sprzedaż w pierwszych tygodniach po premierze niesie za sobą sporą szansę, że zainteresuje się nią większa liczba księgarni i dystrybutorów. Rynek chce zarabiać pieniądze i jeśli książka danego autora cieszy się powodzeniem, to wszyscy chcą ją sprzedawać. Tym, którzy nie wykonają tej pracy przed premierą, pozostaje liczyć na skuteczne działania promocyjne wykonane przez wydawnictwo. 

W tradycyjnym modelu to wydawnictwo ryzykuje swoje środki na wydanie książki. Koszt przygotowania publikacji, wydruk nakładu i dystrybucja leżą po stronie wydawcy. Nikt nie angażuje swoich zasobów, nie licząc na ich zwrot i zarobek, dlatego renomowane wydawnictwa promują wydawane przez siebie książki na wiele różnych sposobów. Reklamy w portalach społecznościowych, pozyskiwanie wartościowych opinii poczytnych recenzentów, reklamy na często uczęszczanych serwisach tematycznych, zgłaszanie książek do konkursów literackich. Dział PR wydawnictwa stara się zainteresować publikacją wybranych dziennikarzy, aby napisali o książce lub opowiedzieli o niej na antenie. Organizowane są konkursy w mediach, w których np. w zamian za przekazane egzemplarze, autorzy zapraszani są do audycji radiowych czy telewizyjnych. Jeśli książka porusza ważne zagadnienia społeczne, to liczba zainteresowanych mediów może być znaczna, a to przekłada się na sprzedaż. Jeśli to beletrystyka, to wciągająca historia przedstawiona w książce i nierzadko osobowość samego autora mogą mieć decydujące znaczenie dla zainteresowania dziennikarzy. Największe światowe bestsellery i uznani pisarze mogą liczyć również na bardzo drogie, odpłatne formy reklamy w sieciach księgarni, w internecie, a nawet w tradycyjnych mediach. 

Te wszystkie działania wymagają sporego zaangażowanie wydawcy i generują koszty nierzadko podobne lub większe od tych zainwestowanych w same wydanie książki. Dlatego w tradycyjnym modelu wydawniczym to wydawnictwo zatrzymuje dla siebie lwią część dochodu ze sprzedaży książki. 

Inaczej wygląda to w modelu self-publishingu. Autor sam pokrywa koszty przygotowania i publikacji książki, a wydawca zajmuje się jej dystrybucją. W tym wypadku wydawcy również zależy na sprzedaży książki autora. Sukces sprzedażowy buduje nazwisko autora i prestiż wydawcy. Wydawca otrzymuje co prawda mniejszą część dochodu, ale zajmując się wydaniem książki, dba o sukces autora.  Z racji tego, że to autor poniósł koszty, również autorowi należy się większa część zysku z jej sprzedaży. Dlatego bardzo ważne jest, aby autor w porozumieniu z wydawcą zaplanowali działania promocyjne, które wspomogą sprzedaż książki. 

W tradycyjnym modelu autor pokrywa koszty promocji pośrednio, rezygnując na rzecz wydawcy z dużej części dochodu ze sprzedaży książki. W modelu, w którym sam ponosi koszty jej publikacji, powinien zaangażować dodatkowe środki na jej promocję, a obowiązkiem wydawcy jest zapewnienie autorowi środków i narzędzi do realizacji działań marketingowych. Mogą to być wysyłki do recenzentów, promocja książki i autora na stronie internetowej wydawcy i na jego kanałach w mediach społecznościowych. Zadbanie o odpowiednią promocję i ekspozycję informacji o książce przez dystrybutora, zapewnienie dostępu do profesjonalnej obsługi PR czy negocjowanie odpłatnych form reklamy z dystrybutorami i księgarniami. W tych tematach wydawca wspiera autora, ale część obowiązków tradycyjnego wydawcy przejmuje na siebie autor.  Pieniądze, które inwestuje w marketing, podobnie jak tradycyjny wydawca, mogą zadecydować o jej sukcesie. 

W modelu self-publishingu wydawca i autor są partnerami, którzy wspólnie pracują nad sukcesem książki. To wymaga zaangażowania z obu stron. 

Kiedy autor książki odniesie sukces?

Czasami bardzo szybko, a czasami nigdy. Nikt nie zna recepty, ale każdemu autorowi i jego książce można pomóc w zaistnieniu na rynku. Składa się na to mnóstwo okoliczności, podjętych decyzji, wykonanej pracy i niekiedy szczęścia. Mówi się, że książki nieznanych autorów mają szansę się sprzedawać dopiero po trzeciej, czwartej publikacji. Na rynku są takie przykłady, ale są też spektakularne debiuty. Faktem jest, że należy cierpliwie budować grono odbiorców i liczyć, że z biegiem czasu nasza grupa czytelników urośnie na tyle, że każda kolejna książka będzie murowanym sukcesem. W końcu pisanie to nie recepta na sukces, a sposób na życie i realizacja pasji. 

Opublikowano

SŁOWA MAJĄ MOC! Czyli dlaczego napisałem INWERSJĘ?

SŁOWA MAJĄ MOC! Czyli dlaczego napisałem INWERSJĘ?

Odpowiedź, której udzielę dziś, różni się od tej, której udzieliłbym, zanim zasiadłem do pisania.  Różni się od tej, którą dałbym jeszcze między marcem a czerwcem dwa tysiące dwudziestego roku, kiedy to pracowałem nad książką. Chyba wiele osób, kiedy kończy jakieś zadanie, projekt, zauważa zmianę swojego podejścia do zagadnienia, którym się zajmowało. Jeśli nawet nieświadomie, to umysł samoistnie robi remanent, przez co można zauważyć zmianę  nastawienia do ukończonego dzieła. Dzieje się to zapewne też pod wpływem tych wszystkich okoliczności i wydarzeń, które zaszły w trakcie pracy nad danym zagadnieniem ‒ dziełem. Dokonuje się oswojenie go i głębsze zrozumienie danej kwestii. Dotyczy to nie tylko doświadczeń, których się nie spodziewałem, lecz także i tych, które były wkalkulowane w proces, lecz zanim stały się doświadczeniem fizycznym, były tylko informacją funkcjonującą w świadomości nawet niewyobrażeniem. Zmieniły jednak swoją wagę czy wartość, a przez to moje podejście do procesu, który się dokonał, uległo ewolucyjnej metamorfozie. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że napisałem INWERSJĘ, bo od lat marzyłem o tym, aby pisać powieści. Przede wszystkim napisałem ją jednak, bo słowa mają moc! 

Słowa mają MOC, by kreować całe światy, budować wielkie rzeczy, ale też, by niszczyć wszystko i zabijać wolę istnienia. Od słowa się zaczyna, bo precyzuje ono i uściśla, konkretyzuje myśli. „Słowa to czarodziejskie pchły” – śpiewa L.U.C. Nasz świat się od niego zaczyna i nim się skończy. Więc gdy chcesz cokolwiek zmienić w świecie, którego jesteś uczestnikiem, elementem, ale i demiurgiem, to słowo daję, masz dostęp do MOCY. Zrozumieć to i nauczyć się nim posługiwać, by doświadczać magicznych zdarzeń i przeżywać swoje życie w szczęściu przez duże „S”, było dla mnie jak odnalezienie źródła istnienia.

Bo pisanie działa terapeutycznie, tak jak wygadanie się przyjacielowi. Jak lekarstwo uśmierzające ból. I to fenomen, że nie tylko ten psychiczny. Okazuje się, że pisanie może poprawić stan fizyczny, a to poprzez fakt połączenia między sferami, z jakich się składamy, czyli Ciała, Umysłu i Ducha. Dowodzą tego badania naukowe między innymi przeprowadzone przez Jamesa Pennebakera z University of Texas w Austin i Joshui Smytha z Syracuse University. Przeprowadzili oni kilka prób, które pokazały, że codzienna praktyka sam na sam z własnym słowem może czynić CUDa. W eksperymentach, które przeprowadzili z udziałem chorych, grupa, która codziennie poświęcała pół godziny na opisywanie swoich przeżyć, wyniki badań wykazywały znaczną poprawę stanu zdrowia niż w grupie kontrolnej. Takie rezultaty zauważono jednakowo u chorych ze zdiagnozowanymi chorobami przewlekłymi, ale również u tych, u których zdiagnozowano choroby, na które medycyna w tym czasie nie znała lekarstwa, więc uważano ich za nieuleczalnie chorych. Skąd się biorą te rezultaty? 

Wyobraź sobie, że każdej doby w twoim umyśle pojawia się około sześćdziesięciu tysięcy myśli, a ile z nich znajduje ujście w formie słów? W zależności od twoich indywidualnych preferencji to maksymalnie jedna trzecia. A średnio to tylko jedna czwarta, w tej pozostałej części może się zapętlić coś, co cię zatrzymuje w miejscach, które są dla ciebie trudne. I takie zapętlenia są niczym przytkane arterie, powodujące niedokrwienie, a w końcu zawał. No i…? No i…

Pisząc, w skupieniu swoją uwagę koncentrujesz w sposób podobny do medytacji. Pisząc, wprowadzasz pewną strukturę i organizację do tygla niespokojnych uczuć. Do „kotła” skojarzeń, wspomnień i wyobrażeń. Łatwiej przezwyciężasz doświadczenia, a tak naprawdę emocje z nich wynikające. Bo emocje są przecież manifestacją, uproszczoną formą skojarzeń i myśli związanych z bodźcami, które odbieramy. Tłumienie negatywnych myśli związanych z trudnymi przeżyciami upośledza działanie układu odpornościowego. A wystarczy pisać przynajmniej przez 15 minut dziennie przez trzy, cztery dni. Pisać o poważnych traumach życiowych. Pisać o negatywnych doświadczeniach, które utrzymywane są w tajemnicy lub o których nie opowiesz szczegółowo innym osobom. Pisać, i w ten sposób skutecznie uwalniać się od wysiłku wkładanego w aktywne tłumienie myśli i emocji z nimi związanych. A im bardziej absorbujące są negatywne myśli, tym skuteczniejsze okaże się pisanie o nich. Pisanie ekspresywne, bo taką nazwę się przyjęło, jest skuteczną metodą i może pomóc w rozwiązaniu prawie każdego problemu psychicznego lub fizycznego związanego ze stresem. Ma też inne zalety, bo: można lepiej zrozumieć siebie i swoje emocje, dzięki temu podejmować trafniejsze decyzje (do myślenia na papierze zachęcałem już w mojej pierwszej książce zatytułowanej Kreator rozwiązań, której wznowienie ukaże się niebawem).

Dowodem na to, jak doskonałym narzędziem jest dla człowieka pisanie, są fakty zamieszczane w biografiach wielu pisarzy. Można się dowiedzieć, że tacy twórcy, jak Henry Miller, Virginia Woolf  czy Ernest Hemingway, pisali nie tylko dlatego oczywiście, że było to ich pasją – w każdym razie nie przede wszystkim z tego powodu – ale głównie dlatego, że stało się to dla nich oczyszczającym rytuałem. Prywatną, codzienną autoterapią, bez której trudno byłoby im żyć. Virginia Woolf  na przykład mówiła wprost, że to właśnie pisanie ratowało ją każdego dnia, że było dla niej tym, czym dla innych ludzi jest psychoanaliza…

I kiedy mając już pomysł na fabułę powieści, zacząłem ubierać ją w akcję, bardzo głęboko zatonąłem emocjonalnie w przedstawiane wydarzenia. Wracałem do trudnych dla mnie sytuacji. Ujawniły się znów skrzętnie skrywane wspomnienia, które tym razem pozwalałem sobie całkowicie odczuć i w pełni przeżyć do końca. Dzięki temu pozamykałem otwarte pętle myślowe, które paradoksalnie przypominają, zamkniętą przecież, wstęgę Mobiusa. Oczyściłem się z wielu negatywnych emocji i uczuć dotyczących tego, co jest już przeszłością. Pisząc natomiast o sytuacjach, które w moim życiu nie miało odzwierciedlenia, pozwalałem sobie na eksperymenty intelektualne i zabawę wyobraźnią. Mogłem sobie „pobaraszkować umysłem”. Dokonać symulacji ‒ asymilacji z inną osobowością. Dlatego pisanie Inwersji dostarczyło mi również ogrom przyjemności. Aby następnie obsypać mnie podarunkami, które wykreowałem poprzez ich zobrazowanie na stronach książki. Dlatego przekonałem się, że słowa mają MOC!!! 

Osiemdziesiąt pięć procent reklamacji wynika z niewłaściwego użytkowania zakupionego towaru. To smutna prawda oparta na statystykach z wielu branż i dziedzin. Potwierdzają to też moje osobiste  doświadczenia. I nie inaczej jest również w tym, jak ludzie używają MOCy, jaka jest w słowie. To, że słowa służą tobie do komunikacji z innymi osobnikami twojego gatunku, to nie znaczy, że we właściwy sposób komunikujesz wszechświatowi to, czego chcesz. Dlatego to, co dobre w twoim życiu zawdzięczasz sobie, ale to, co przykre i trudne niestety również. Świadomość non stop rywalizuje z naszą podświadomością. Czasem czujesz, że coś jest dobre, ale… nie, to przecież jest nieracjonalne, więc rezygnujesz, no bo może to śmieszne? A innym razem masz świadomość tego, że możesz coś zrobić. Możesz coś zmienić, nawyki, emocje czy programy powstrzymują cię jednak skutecznie przed zrobieniem choćby kroku. Wydaje się nieracjonalne to, co opisałem powyżej? 

To jak wytłumaczysz to, co opiszę za chwilę?

Kreacja rzeczywistości: Edgar Alan Poe w powieści Przygody Artura Gordona Pyma opisuje przypadek kanibalizmu zdesperowanej załogi statku, której głód zagląda w oczy, a ofiarą staje się niejaki Richard Parker. W 1884 roku doszło do takiej sytuacji faktycznie, nie tylko w dziele literackim, które zostało wydane w 1838 roku. Ciekawostką jest to, iż nazwisko zjedzonego w powieści jest identyczne, A powstała przecież czterdzieści lat wcześniej. Także data 5 lipca w ciekawy sposób wiąże powieść Poe i Migonette, czyli jednostkę, która zapadła w pamięć z tych drastycznych powodów, otóż ten dzień to data premiery powieści i data zatonięcia statku. Przypadek? Tak powie nie jeden. No to proszę dalej… W 1898 roku Morgan Robertson napisał Upadek Tytana. 14 lat później także w kwietniu tonie… Tytanik, tak jak w powieści niezatapialny i wyposażony w zbyt małą ilością szalup, aby uratować wszystkich pasażerów.

W moim przypadku pewne sformułowania wypowiedziane na głos i raz po raz powtórzone w różnych okolicznościach zadziałały niczym magiczne zaklęcia, które wszechświat zrealizował w najprostszy możliwy sposób. To, że złamałem nogę może odwlekło się w czasie o kilka lat, ale już rozstanie z pierwszą żoną zaistniało w przeciągu roku od wypowiedzianego przeze mnie zdania. Konieczność wyjazdu za granicę do pracy pojawiło się w pięć miesięcy po tym, jak rzuciłem tę myśl i wypowiedziałem te słowa w przestrzeń. Jednak nie tylko przykre doświadczenia były moim udziałem, bo i poznanie wielu ciekawych i przyjaznych ludzi, wydanie już drugiej i perspektywa kolejnych trzech książek. Znalezienie mi partnerki, która mogę powiedzieć, jest jakby wypisz wymaluj według zamówienia, zajęło Wszechowi, już tylko trzy miesiące. A zatem czynię postępy, i Wszechu też… 

Czasami dzielimy się pomysłami ze wszechświatem i odbieramy pomysły od niego. Czasem przychodzi nam coś do głowy ‒ pomysł, z którym nie czujemy się zdolni albo gotowi wystartować i porzucamy go, zapominamy, a po kilku lub kilkunastu miesiącach albo kilku latach dowiadujemy się, że ktoś gdzieś na świecie albo w miejscu, które my uznaliśmy za odpowiednie do realizacji tego projektu, zrobił to coś, co kiedyś do nas przyszło. Ja na przykład w moim wczesnonastoletnim życiu, czyli około tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, miałem pomysł połączenia instytucji sierocińca i domu spokojnej starości w jedno. Po dwudziestu kilku  latach dotarła do mnie informacja, że taki model eksperymentalnie został wdrożony w Kanadzie około dwu tysięcznego osiemnastego roku. I świetnie się sprawdza w praktyce. I to jeden z bardziej spektakularnych przykładów, a zapewne i ty masz takie doświadczenia?

Ja napisałem INWERSJĘ i jej kontynuację, aby nie tylko marzyć, ale by być kreatorem SWOJEGO życia.

Remigiusz Nestor Kalwarski, autor książki pt. „INWERSJA”

Opublikowano

Dlaczego okładka jest ważna?

Dlaczego okładka jest ważna?

Nie oceniaj książki po okładce. Mądre powiedzenie, przydatne w życiu, ale w branży wydawniczej zupełnie nieprawdziwe. Każdy wydawca dba o wygląd okładki. Czytelnik kuszony setkami propozycji wydawniczych zwraca uwagę na to, co wpadnie mu w oko, przyciągnie uwagę, zainteresuje. Nie jest to oczywiście element decydujący o zakupie książki, ale dzięki okładce kupujący rozważy zakup tej, a nie innej książki. 

           Dobrych okładek jest bardzo dużo, ale mimo to, nie każda książka z dobrą okładką dobrze się sprzedaje. Liczą się oczywiście również inne elementy: tytuł, treść, gatunek literacki, czy opinie o książce i autorze. 

           Projektowanie okładek stało się bardziej skomplikowane, odkąd sprzedaż książek sukcesywnie przenosi się do internetu. Teraz już nawet nie wrażenia estetyczne czytelnika z obcowania z książką, dotykania okładki pokrytej np. folią soft touch, ale obrazek na ekranie, tytuł i tematyka muszą zainteresować odbiorcę. Powinno się to stać w ułamku sekundy, bo na ekranie równocześnie wyświetla się wiele innych książek i żeby kupujący „kliknął’ w konkretną propozycję muszą w tym samym momencie zaistnieć różne elementy:

  • ciekawa, wpadająca w oko, sugerująca treść, szokująca niekiedy, artystyczna lub frapująca okładka
  • tytuł – podobnie jak w przypadku okładki powinien sugerować treść książki
  • tematyka, która interesuje czytelnika 
  • Interesujące „hasło”, myśl przewodnia sugerująca treść

Dodatkowym atutem jest oczywiście rozpoznawalne nazwisko autora.

Okładka jest zatem ważna i każdy autor pracujący z wydawnictwem nad swoją książką powinien potraktować jej projektowanie jako istotny element przekładający się na sukces sprzedażowy książki. 

Opublikowano

Jak napisać e-booka?

Jak napisać e-booka?

Czytanie e-booków zyskuje coraz więcej entuzjastów, a książka elektroniczna jest znacznie tańszą wersją tradycyjnej książki. Wydanie e-booka nie wymaga poniesienia kosztów druku i wydatków związanych z logistyką. W formie e-booka można wydać każdy rodzaj książki. Może on być też reklamą Twoich usług i produktów. Siadasz więc do komputera i… ups, od czego zacząć?

Zanim napiszesz pierwsze zdanie

Temat, który postanowiłeś poruszyć w swoim e-booku, wcale nie musi być nowy. Dziś pewnie trudno wymyślić coś, na co ktoś jeszcze nie wpadł, ale mimo to nie zniechęcaj się i zanim przystąpisz do pracy, pomyśl, dla kogo piszesz i wydajesz e-booka. Im bardziej zawęzisz grupę odbiorców, tym łatwiej będzie Ci do nich trafić. Nie zapominaj o tym, co chcesz przekazać czytelnikowi. Sprawdź też, czy i ile jest e-booków na temat, który chcesz poruszyć. Twoja książka nie musi mieć jakichś nowatorskich odkryć, ale warto, aby była inna. Odpowiedz więc sobie na pytanie, czym będzie się odróżniała od tych o podobnej tematyce dostępnych na rynku. Naucz się też pokazać tę różnicę czytelnikowi. To ważne, bo wtedy on chętniej sięgnie po Twojego e-booka. Zanim więc napiszesz pierwsze zdanie, musisz dokonać rozeznania rynku i znaleźć coś, co będzie odróżniało Twojego e-booka od pozostałych. 

Struktura

Zastanów się nad strukturą swojego dzieła. Nawet najwartościowsza treść podana chaotycznie nikogo nie zainteresuje. Dlatego ważne jest rozplanowanie całości oraz opracowanie koncepcji poszczególnych rozdziałów, czyli najprościej mówiąc, trzeba stworzyć konspekt. Wiadomo, że w trakcie pracy można go modyfikować, ale mimo to jest on bardzo pomocny. 

Warto na tym etapie też scharakteryzować poszczególnych bohaterów (jeśli ma to być powieść) i trzymać się tego schematu, zebrać wiedzę fachową oraz dowiedzieć się więcej o miejscach, wydarzeniach, ludziach, do których będziesz nawiązywać.Wielu pisarzy robi dość szczegółowe rozeznanie tematu. Korzystają przy tym z pomocy fachowców i specjalistów. Ty również pozyskuj informacje od specjalistów, bo łatwo o błąd, a każde niedociągnięcie czytelnicy szybko wychwycą. Skoro już to masz, siadaj do pracy.

Styl i słownictwo

Piszesz tekst, który jest upstrzony terminami, ma długie, wielokrotnie złożone zdania, a przez to źle się czyta. Powtarzasz wątki, opowiadasz chaotycznie, nie podajesz podstawowych informacji, bo uważasz, że są zbyt oczywiste… Tymczasem najlepiej pisać prosto i zrozumiale. Tak jakbyś sam/a oczekiwał/a, aby opowiadano Tobie historię lub dzieloną się z Tobą wiedzą. Gdy już wiesz, co chcesz napisać, opowiedz swoją historię w sposób ciekawy, logiczny, zrozumiały i przystępny. Większość czytelników docenia lekkość pióra, a nie wyszukane frazesy, logikę wątków, a nie chaos. Pamiętaj o tym, że sukces odnoszą ci autorzy, którzy potrafią najtrudniejsze kwestie wytłumaczyć prosto i zrozumiale. 

Ostatni szlif

Po zakończeniu spróbuj przenieść swój tekst na wyższy poziom, a jeśli masz wątpliwości, poproś o pomoc, znajdź recenzenta swojej pracy. Może to być ktoś z rodziny, przyjaciel, ale też możesz sięgnąć po fachową opinię eksperta. 

Opracowanie

Wydanie e-booka wymaga takiej samej pracy, jak wydanie tradycyjnej książki. Potrzebne jest zlecenie profesjonalnej redakcji, korekty, zaprojektowanie okładki i przygotowanie składu. Do tych działań najlepiej zatrudnić wydawnictwo, gdzie grupa ekspertów zrealizuje wszystkie etapy na odpowiednim poziomie, na który zasługuje Twój tekst.  

Dystrybucja

Możesz samodzielnie dystrybuować swojego e-booka i równolegle oddać go do dystrybucji w księgarniach internetowych i na platformach czytelniczych. Najlepiej korzystać ze wszystkich dostępnych opcji.