Opublikowano

Czym może zachwycić Kraj Kwitnącej Wiśni? O Japonii, jej mieszkańcach i tamtejszej kulturze dowiecie się więcej z książki Kingi Kocimskiej Japonia. Notatki z podróży. Przeczytajcie rozmowę z Autorką.

Jak powstawała Pani książka? Był to długotrwały proces? A może „notatki z podróży” powstawały na gorąco, szybko i intensywnie, podczas jednego wyjazdu?

Właściwie i jedno, i drugie. Najpierw były to notatki spisywane na szybko w czasie podróży i zwiedzania poszczególnych miejsc. Wówczas nie przeszło mi nawet przez myśl, że kiedyś mogą przybrać formę książki. Spisywałam różne fakty i ciekawostki, jakich dowiadywałam się od przewodników i z zebranych ulotek, a do tego dodawałam krótkie podsumowanie danego dnia. Było ono rozwinięciem mojego harmonogramu, który skrupulatnie rozpisałam sobie przed podróżą, aby nie tracić czasu na sprawy organizacyjne na miejscu. Jak się potem okazało, zupełnie słusznie, ponieważ przez większość pobytu… nie miałam dostępu do Internetu ani nawet możliwości skorzystania z własnego telefonu, więc o organizowaniu czegokolwiek raczej nie było mowy! 

Po powrocie z Japonii wróciłam do notatek, aby odświeżyć swoje wspomnienia. A ponieważ moje pośpieszne pismo nie jest zbyt czytelne, zwłaszcza w podręcznym notatniku trzymanym na kolanie, postanowiłam je przepisać na czysto, tym razem bez pośpiechu. Spodobała mi się ta pamiętnikowa forma, ponieważ nie tylko umożliwiła mi powrót do Japonii w mojej głowie, lecz także stanowiła pewnego rodzaju ćwiczenie medytacyjne oraz językowe. Notatki stopniowo się rozrastały i po ponad dwóch latach pisania z przerwami zrobiło się ich tyle, że postanowiłam ubrać je w moją ulubioną formę: książki na papierze.

Jak Europejczyk czuje się, gdy po raz pierwszy ląduje w Japonii? Zupełna obcość?

Myślę, że to zależy w pewnym stopniu od kontekstu podróży. Jeśli leci się tam w interesach, a nie dla przyjemności, odbiór Japonii wydaje się zupełnie inny. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie z relacji kolegów z pracy. Oni skupiali się na dotarciu do celu i załatwieniu spraw, głównie za pomocą tłumacza. 

W moim przypadku była to bardzo osobista podróż, wymarzona przez przeszło dwie dekady. Oprócz marzeń przez ten czas również wiele czytałam o Japonii – o kulturze, zwyczajach, mitologii, estetyce, mentalności, literaturze itd. oraz uczyłam się hobbystycznie języka japońskiego. Dlatego wydaje mi się, że u mnie nie wystąpił szok kulturowy – wręcz przeciwnie: zachwyt kulturowy, ponieważ wreszcie na własnej skórze miałam okazję doświadczyć tego ogromu fascynujących rzeczy, o których wcześniej mogłam jedynie czytać. 

Sądzę jednak, że zarówno pasjonatów jak i biznesmenów w pierwszej chwili rzeczywiście ogarnia uczucie obcości i oszołomienia. Zanim jeszcze postawimy nogę na lądzie, z okiem samolotu można dostrzec, z jakiego ogromu maleńkich wysepek składa się Japonia – tych naturalnych i sztucznych. Przy podejściu do lądowania widać wiele takich skrawków lądu utworzonych w zatokach na obrzeżach i wewnątrz Tokio. To krajobraz całkowicie inny od polskiego, prawda? Drugą rzeczą, która uderza, jest system komunikacji sprawnie obsługujący dziesiątki milionów Tokijczyków w godzinach szczytu. Rozkłady jazdy czy instrukcja obsługi automatów do biletów to jedna z rzeczy, których raczej trudno nauczyć się z podręcznika. Trzeba tego zwyczajnie doświadczyć samemu, tym bardziej, że trudno uniknąć tego praktycznego aspektu w życiu codziennym. I oczywiście samo miasto – mówię tu teraz o Tokio – dosłownie przyprawia o zawrót głowy: gęsta zabudowa budynków, kolorowe neony, szyldy z zupełnie odmiennym pismem, tłumy ludzi w niewytłumaczalnie skoordynowanym i płynnym ruchu. 

Notatki stopniowo się rozrastały i po ponad dwóch latach pisania z przerwami zrobiło się ich tyle, że postanowiłam ubrać je w moją ulubioną formę: książki na papierze.

Co jest dla Pani najciekawszego w Japonii? Co najbardziej Panią urzekło?

Och, było tego tak wiele, że… wystarczyło na książkę! Przede wszystkim urzekli mnie ludzie – ich serdeczność, otwartość i chęć niesienia pomocy. A z tej podczas swojego pobytu musiałam skorzystać wielokrotnie, ponieważ dość często się gubiłam lub wpadałam w różne zabawne i czasem niezręczne sytuacje.

Gdybym jednak miała wybrać jedną rzecz, która mnie oczarowała w Japonii, postawiłabym na synkretyzm. Być może wyda się to oczywiste, bo przecież nie raz słyszymy, że Japonia jest kolebką tradycji i nowoczesności, ale rzeczywiście tak jest! Jednak usłyszeć czy przeczytać pusty slogan to nie to samo, co doświadczyć tego synkretyzmu na żywo – zwłaszcza jeśli pochodzi się z kraju i kultury, w których dominuje jednorodność, spójność i stałość tradycji, religii i kultury. Uważam, że to piękne cechy, lecz to co urzekło mnie w kulturze japońskiej to to, że Japończycy wynieśli je na kolejny poziom: nadal są oddani tradycji (obrządki, święta, wierzenia, architektura, rękodzieło) lecz jednocześnie czerpią całymi garściami z innych kultur i języków. I w fantastyczny sposób łączą je ze sobą, czy to w kulturze popularnej, wzornictwie, języku czy architekturze.

Trudno mi powiedzieć, ile jest pochwały a ile krytycznego spojrzenia w ich adaptacji do rozwijającego się świata, lecz fascynuje mnie, z jaką łatwością i elastycznością Japończycy zapożyczają obce elementy, dostosowują je do swoich potrzeb i realiów, a potem… sprzedają ten nowy produkt z powrotem na Zachód! Najprostszym przykładem może być popularne już od dawna w Polsce anime – japońskie filmy animowane. Wiele produkcji bazuje na elementach zaczerpniętych z tradycji europejskiej (np. symbole religijne, postaci i wątki historyczne, moda, zapożyczenia językowe itp.), lecz są one osadzone w realiach japońskich (miejsce akcji, architektura, mentalność).

Innym przykładem takiego eklektyzmu, z którym się zetknęłam, jest harmonijne współistnienie religii buddyjskiej, wierzeń sintoistycznych i… elementów chrześcijańskich. Przykładowo ślub jest odprawiany według zasad shintō, a pogrzeb w obrządku buddyjskim, lecz żadna z tych tradycji nie wyklucza celebrowania zachodnich walentynek, spożywania z rodziną bożonarodzeniowego obiadu, ozdabiania choinki czy odwiedzania świątecznych straganów, które są tak popularne w Europie. 

Bardziej „przyziemnym” przykładem mieszkanki kulturowej jest moda. W Japonii istnieją modowe „gangi”, które prześcigają się w pomysłowych kreacjach. W dzielnicy Akihabara można zobaczyć nastolatki ubrane w kreacje z epoki wiktoriańsko-edwardiańskiej w wydaniu sukienki mini albo gotyckie Lolity, które w swoich ubiorach mieszają koronki z ćwiekami i butami w stylu Vivienne Westwood.

Wszystko to jednak tworzą ludzie – bez nich nie byłoby tradycji, ani tych dawnych, pielęgnowanych od wieków, ani tych nowoczesnych, spajających kontrastujące elementy. 

A jakieś przeżycie bądź doświadczenie, które [w Japonii] najbardziej Panią zszokowało bądź zniesmaczyło?

Jako turystka zachwycona kulturą Japonii, a do tego na zaledwie tygodniowej wycieczce, nie miałam właściwie okazji poznać tego kraju od negatywnej strony. Jednak po rozmowach ze znajomymi Japończykami i Polakami, którzy tam mieszkają, zdaję sobie sprawę, że Kraj Kwitnącej Wiśni może przed niektórymi stawiać spore wymagania. Nie chodzi nawet o system wizowy, który skutecznie zatrzymuje napływ obcokrajowców, sprawiając, że 99% mieszkańców kraju to Japończycy. Aspekty takie jak praca często wymagają poświęcenia swojego życia prywatnego. Jeśli szef poprosi pracownika, by ten został w pracy godzinę dłużej, w słowniku podwładnego nie występuje słowo „nie”. Podobnie, jeżeli ma się do wykorzystania dziesięć dni urlopu rocznie, czasem „wypada” wziąć go mniej lub nie wziąć w ogóle, żeby pokazać lojalność wobec pracodawcy.

Niestety – tak jak w wielu innych krajach – w Japonii występują też przejawy rasizmu i braku akceptacji dla obcokrajowców. Często tylko z racji innego pochodzenia niektórzy mieszkańcy Japonii w oczach rodowitych Japończyków pozostają na zawsze obcymi, niezależnie od tego, jak długo mieszkają w danej społeczności lub jak bardzo się jej przysłużą. Nie miałam na szczęście okazji doświadczyć takiego traktowania, lecz słyszałam takie smutne historie z opowiadań znajomych, którzy się tam osiedlili. Myślę więc, że w przypadku stałego pobytu Japonia może być dla nas, Europejczyków, krajem równie pięknym, co zagadkowym, a nawet trudnym.

Jedyną dość przykrą sytuacją, która (niebezpośrednio) mi się przydarzyła, było spotkanie z pewną turystką, która wyraziła swoje oburzenie Japończykami i ich kulturą. Nie rozumiejąc, co dokładnie miała na myśli, poprosiłam, żeby opowiedziała mi, co się stało. Wyjaśniła, że podczas jednej z wycieczek autokarowych wysiadła na niewłaściwym przystanku, przez co nie wiedziała, jak ma wrócić do swojego hotelu. Próbowała znaleźć odpowiedni przystanek oraz skorzystać z taksówki, jednak bezskutecznie.  Ostatecznie w panice zaczęła wymachiwać rękami, by zatrzymać przechodniów i poprosić o pomoc. Niestety nikt jej tej pomocy nie udzielił. Przykro było mi to słyszeć, bo przecież ja również byłam jedynie turystką, jednak z dalszej rozmowy okazało się, że ta pani zupełnie nieświadomie prosiła o pomoc w sposób, który Japończycy odebrali za arogancki i wulgarny. Mogłaby uniknąć tej kłopotliwej sytuacji, gdyby przed przyjazdem poświęciła chwilę na przejrzenie jakiegoś przewodnika z praktycznymi wskazówkami. W Japonii wiele osób krępuje się mówić po angielsku z uwagi na swój akcent i przez to unika rozmów z obcokrajowcami, czego zapewne nie przeczytamy w przewodniku. Wiele źródeł natomiast podaje, że płatności dokonuje się tam nadal w znacznej mierze tylko gotówką, a karta American Express jest obsługiwana w stosunkowo niewielu miejscach. Myślę też, że niezależnie od kraju i kultury dobrym pomysłem jest nauczenie się dwóch, trzech podstawowych słów takich jak „dzień dobry” i „dziękuję” w obcym języku, bo to w jakiś magiczny sposób zawsze pomaga przełamać lody i skierować rozmowę na przyjazne tory.

Dzięki formie pamiętnikowych zapisków chciałam podzielić się z Czytelnikami zwyczajnym życiem i perypetiami, które mi się przydarzyły i których każdy z nas może doświadczyć, wybierając się do obcego kraju po raz pierwszy.

Książka Japonia. Notatki z podróży to pozycja hybrydowa, wymykająca się prostym zaszufladkowaniom. To coś więcej niż po prostu „literatura podróżnicza”. Czym dla Pani jest to dzieło?

Przede wszystkim osobistą przygodą. Dzięki formie pamiętnikowych zapisków chciałam podzielić się z Czytelnikami zwyczajnym życiem i perypetiami, które mi się przydarzyły i których każdy z nas może doświadczyć, wybierając się do obcego kraju po raz pierwszy. Swoje historie starałam się wzbogacić ciekawostkami, bo sama bardzo lubię, gdy ktoś mi opowiada o interesujących i mało znanych faktach. Zwyczajnie lubię uczyć się nowych rzeczy. 

Samo pisanie było dla mnie również ćwiczeniem językowym i swego rodzaju medytacją, oderwaniem się od rzeczywistości, nie wspominając już o treningu systematyczności. Napisanie książki utwierdziło mnie także w przekonaniu, że często można zajść o wiele dalej, idąc drobnymi kroczkami niż usiłując pokonać cały dystans jednym skokiem. To oczywiście z wykluczeniem przepaści, bo tych nie da się pokonać na raty, a wyłącznie dużym skokiem. Dla mnie jednym z takich skoków był bilet do Japonii.

Jakiemu czytelnikowi poleciłaby Pani swój tytuł w pierwszej kolejności?

Każdemu, kto lubi ciekawostki, opowieści z życia przy ciastku i kawie (albo zielonej herbacie) i choć odrobinę ciekawi go Japonia lub przynajmniej kultura dość odległa od polskiej. Książka została napisana przystępnym językiem, w krótkich rozdziałach i oprószona dozą humoru, więc prawdopodobnie każdy Czytelnik może znaleźć w niej coś dla siebie.

W książce czytelnik znajdzie dużo zdjęć, które robiła Pani podczas swojego pobytu w Japonii. Jak mają się one do tekstu? Czy traktuje Pani te zdjęcia jako odrębny sposób ekspresji – na zatrzymanie chwili – czy one raczej po prostu dopełniają literacką narrację?

Przy pisaniu tekstu zdjęcia były dla mnie tak samo istotne i pomocne jak pierwotne notatki, o których mówiliśmy wcześniej – również stanowiły podstawę książki. Pamięć ma to do siebie, że w miarę upływu czasu bywa zawodna, a dzięki zdjęciom dokładnie przypomniałam sobie chronologię wydarzeń, co znacznie ułatwiło pracę nad tekstem. 

Z zawodu i zamiłowania jestem tłumaczem, nauczycielem i fotografem, więc ze słowami i obrazami obcuję na co dzień. Są narzędziem mojej pracy, przez co stały się po części moją drugą naturą. Zdjęcia same w sobie zawsze były dla mnie środkiem „szybkiej ekspresji” – przeciwieństwem pędzla i ołówka, z których kiedyś korzystałam częściej. Jednak w przypadku tej książki miały nieco inne zadanie – miały służyć wyłącznie sprawnemu udokumentowaniu chwili, by zilustrować wydarzenia i poruszane tematy. Nie chciałam przekładać sposobu swojej pracy twórczej na wizytę w Japonii, ponieważ ominęłaby mnie upragniona przyjemność obcowania z otoczeniem – zwyczajnie skupiałabym się na kompozycji w kadrze zamiast zachwycać się Japonią.

Czy chętnie czyta Pani o Japonii? W Polsce coraz bardziej popularna staje się japońska kultura literacka. Wystarczy spojrzeć na fenomeny takich wydawnictw jak Tajfuny czy Kwiaty Orientu. Jak Pani uważa, skąd u nas takie zainteresowanie literaturą Kraju Kwitnącej Wiśni w ostatnich latach?

Tak, jak najbardziej! Moje marzenie o odwiedzeniu Japonii wykrystalizowało się dzięki fascynującym lekturom, jakie w pod koniec lat 90. odkryłam m.in. za pośrednictwem Instytutu Orientalistyki UW czy Wydziału Informacji i Kultury Ambasady Japonii w Warszawie. Wśród pierwszych zdobytych przeze mnie książek znalazły się dostępne wówczas polskie przekłady powieści i opowiadań znanych japońskich autorów takich jak Yasunari Kawabata, Jun’ichirō Tanizaki, Natsume Sōseki, Kōbō Abe czy popularny Haruki Murakami. Trafiły na półkę obok zbioru słowników, podręczników i innych pozycji na temat historii, mitologii, estetyki czy zwyczajów. Z racji pracy zagranicą od ponad dekady kontakt z Japonią mam właściwie jedynie za pomocą źródeł anglojęzycznych, przez co ominęło mnie sporo nowości wydawniczych z tej tematyki na rynku polskim. Muszę jednak przyznać, że wspaniale jest móc obecnie zobaczyć w Polsce taką różnorodność dostępnych pozycji i materiałów związanych z literaturą i kulturą Azji – jest ogromna różnica między tym, co możemy przeczytać teraz, a zakresem literatury sprzed dwudziestu lat. Wydawnictwo Tajfuny odgrywa w tym fantastyczną rolę.

Myślę, że jest wiele czynników, które wpłynęły na zainteresowanie Japonią w Polsce w ostatnich latach, nie tylko w dziedzinie literatury. Niewątpliwie swoją zasługę miało tu przystąpienie Polski do Unii Europejskiej i związane z tym ułatwienia w podróżowaniu oraz kontaktach i wymianie handlowej, co z pewnością przełożyło się na otwarcie i współpracę wielu wydawnictw. Ogromny udział, jak sądzę, miała, i być może nadal ma, popularyzacja komiksu i animacji japońskiej (mangi i anime), do której w połowie lat 90. przyczyniły się czasopisma takie jak Kawaii, Animegaido czy częściowo Secret Service. Sam zakup przez Polsat niezwykle wówczas popularnej „Czarodziejki z Księżyca” rozbudził zainteresowanie tą, jakże wtedy egzotyczną, kulturą. Swój udział miał też coraz powszechniejszy dostęp do zagranicznych kanałów telewizyjnych, popularyzacja konwentów, pojawiające się szkoły językowe oferujące naukę japońskiego i wreszcie sam Internet, który daje praktycznie nieograniczone możliwości nawiązywania kontaktów i poszerzania wiedzy. A dziś, dzięki e-bookom, podcastom, Youtube’owi, mediom społecznościowym i aplikacjom na telefon możemy dowiadywać się jeszcze więcej. Wydaje mi się, że wszystko to po części złożyło się na dostępność źródeł na temat Japonii, a co za tym idzie, pojawienie się wielu przekładów i nowych autorskich pozycji książkowych na naszym rynku.

Rozmowę z autorką przeprowadziła Agnieszka Wilczyńska. Wywiad opublikowany na portalu Twoja Księgarnia

Opublikowano

O książce pt. „Z anoreksją na pokładzie. Wyznania stewardesy” opowiada Katarzyna Zachacz

Książka powstała z moich zapisków, notatek które robiłam w czasie choroby. Kiedy byłam w szponach anoreksji, zagubiona z brakiem chęci do życia pisałam. Było to pisanie tradycyjne w notatniku z długopisem w ręku. Pomagało mi to zrozumieć moje emocje, myśli które były w mojej głowie napędzane przez anoreksję oraz depresję. Zapisanie, przelanie na papier wszystkiego co czułam dawało mi jasny obraz tego co działo się w moim umyśle oraz zrozumienie w jaki sposób anoreksja mną kierowała.  Pisanie to była również ucieczka od ciągłych awantur z bliskimi, którzy nie rozumieli mnie, pisząc czułam że to jedyna droga do zrozumienia samej siebie. Nie zakładałam że moje osobiste notatki, przemyślenia po jakimś czasie zamienię na książkę, którą uda mi się wydać. Jednak widząc ile radości oraz przyjemności sprawia mi pisanie, a o najważniejsze pomaga w pewien sposób w mojej walce z chorobą, zaczęłam przelewać to co myślę na klawisze laptopa. Zupełnie spontanicznie w czasie terapii narodził się pomysł porównania wychodzenia z choroby do lotu samolotem. Ze względu na moją prace bardzo mocno rezonowało ze mną to porównanie. Każdy pojedynczy lot samolotem jak i osoba chora nie są jednakowe oraz nie są linearne. Można napotkać wiele nieprzyjemnych sytuacji, turbulencji ale nie zapominajmy także pięknych widoków, które w czasie choroby dają motywację, aby konturować drogę leczenia. Zagłębiając się w to porównanie widziałam coraz więcej metafor i zbieżności, dlatego zaczęłam coraz intensywniej pisać. Wtedy po raz pierwszy w mojej głowie narodziła się myśl wydania moich przemyśleń w formie książki. Siadając do klawiatury komputera płynęłam pisząc to co czuję oraz co czułam kiedy anoreksja rządziła każdą minutą mojego życia.

W czasie pisania, zapominałam o tym co mnie otacza, siadałam w ciszy poranka i pisałam co dyktuje mi moje serca i dusza. Budziłam się w środku nocy z potrzebą pisania. Rozum wymyślał miliony powodów dla których powinnam zaprzestać pisania, jednak to z duszy wypływały moje słowa i to było w momencie pisania dużo silniejsze niż krzyczące ego. Proces pisania książki i wdania jej był bardzo szybki, jednak myślę że to poniekąd to dobrze ponieważ mój umysł z każdym dniem wymyślał nowe powody dla których nie powinnam tego robić. W głębi serca nie chciałam aby moje słowa trafiły do szuflady bo wiem jak bardzo są potrzebne dla osób które zmagają się z zaburzeniami odżywania. Będąc w złym stanie w czasie choroby, szukałam na polskich półkach książek związanych z zaburzeniami odżywiania, niestety były to tylko naukowe publikacje ciężkie do przyswojenia dla osoby zawładniętej anoreksją, która nie może skupić się na niczym innym poza jedzeniem. Czytałam publikacje angielskie i amerykańskie, które mi bardzo pomogły zrozumieć chorobę. Wydanie książki to pomoc dla wszystkich, który potrzebują wsparcia w czasie zmagań z zaburzeniami odżywiania. Lekka i niezbyt długa forma książki ma im pomóc,  dać nadzieję i impuls do walki z chorobą. Książką chciałam pokazać, że osoby chore nie są same i przede wszystkim nie powinny czuć się winne że cierpią na zaburzenia odżywiania. Zależało mi także aby wybrzmiało w książce kilka zdań do społeczeństwa, które jest zupełnie nieświadome problemu jakim są zaburzenia odżywiania. Błędne przekonania  stereotypy krążące wokół tylko ranią osoby chore. Dlatego też książka nie jest tylko dla osób chorych ale dla wszystkich. 

Opublikowano

O książce „Pół gangster, pół serio” opowiada autorka, Ewa Sobel

Dlaczego napisałam książkę „Pół gangster, pół serio”?

W szkole zawsze byłam bardziej humanistką niż umysłem ścisłym. Co ciekawe, mimo wszystko jako dziecko nie lubiłam czytać. Uwielbiałam za to pisać opowiadania do szuflady. Nazwijmy to „amatorszczyzną”, bo wtedy były to takie głupoty, że głowa mała.

Z wiekiem odkryłam jednak, że kocham również czytać. W podstawówce problem polegał na tym, że narzucano mi lektury, które musiałam przeczytać w jakimś konkretnym wyznaczonym wcześniej terminie. Czytanie z obowiązku to żadna frajda. Zabawa zaczęła się wtedy, gdy sama mogłam wybrać książkę, która odpowiadała mi pod każdym względem. Fabuły, stylu czy nawet autora.

Wróćmy jednak do tematu pisania. Na długi czas porzuciłam tworzenie historii. Po prostu zwątpiłam w swoje umiejętności i zdecydowałam się na naukę języka hiszpańskiego, który zauroczył mnie od pierwszej chwili, gdy tylko miałam okazję usłyszeć jego cudowne brzmienie.

Po latach jako piętnastolatka znalazłam w internecie pewne forum, na którym ludzie amatorsko dodawali swoje opowiadania. Zerknęłam w pierwsze lepsze, którego zainteresował mnie tytuł. Tego samego dnia pochłonęłam wszystkie zamieszczone tam 38 rozdziałów wraz z krótkim epilogiem. Niejednokrotnie popłynęła mi też łza ze wzruszenia. Od niemal dziesięciu lat autorka jest moją najlepszą przyjaciółką.

Podsumowując, przeczytana historia (której tytułu nie będę zdradzać ze względu na anonimowość autorki) zainspirowała mnie pod każdym względem. Uwierzyłam w siebie i zaczęłam na nowo pisać oraz publikować anonimowo swą „małą-wielką” twórczość. Ludzie komentowali i nie chwaląc się, zbierałam całkiem niezłe recenzje. Wszystko usunęłam jednak, gdy zdecydowałam się wydać książkę.

I gdy ponownie wpadłam w ten pisarski trans, uświadomiłam sobie, że to całe moje życie i nie mogę tego ot tak porzucić. Nie pisząc, jestem nieszczęśliwa, a podczas tworzenia pośród liter składających się w zdania, odnajduję samą siebie.

Fabuła „Pół gangster, pół serio” powstała niespełna osiem lat temu i początkowo miała być opowiadaniem jednorazowym pod innym tytułem „Proszę, tylko nie TY!”. Wówczas wyrabiałam sobie jeszcze styl i nie planowałam wydania. Zawsze o tym marzyłam, ale w tamtym okresie nie sądziłam, że moja pisania nadaje się na pełnoprawną książkę. Rok temu odważyłam się jednak i podjęłam decyzję swojego życia. Zaczęłam dopieszczać historię pod każdym względem. Milion razy potrafiłam wrócić do początku i dopisać coś nowego lub poprawić szyk zdania. Uwielbiam romanse z domieszką kryminału, mafii w tle i dużej dawki humoru, dlatego taką też historię starałam się stworzyć. Moja polonistka ze szkoły średniej po przedpremierowej lekturze ponoć była zachwycona, więc cóż mogę dodać?

Chyba tylko tyle, że tom drugi już się pisze, a głowa pełna pomysłów i bujnej wyobraźni tworzy też całkiem inne, nowe opowieści.

Życzę przyjemnej lektury! 😀

Ewa Sobel

Opublikowano

O książce pt. „Hegemon Apopi” opowiada Justyna Komuda

Dlaczego napisałam Hegemon Apopi?

Wydaje mi się, że Hegemon Apopi zrodziła się w mojej głowie już bardzo dawno temu. Właściwie to jestem tego pewna. Jeden z głównych bohaterów pojawił się w moich myślach już we wczesnych latach gimnazjalnych, a i sama Apopi wyklarowała się chwilę później. Obie postaci mocno ewoluowały od tamtego czasu, ale prawdą jest, że już wtedy istniały.

Parokrotnie przymierzałam się do napisania tej książki, ale życie odciągało mnie od niej, w typowy dla siebie sposób – szkoła, studia, praca, dom, a później jeszcze wyprowadzka w nieznane do Berlina. Tak wiele powodów by nigdy nie dokończyć powieści, ale jednak… 

Zanim przejdę do sedna to chciałabym jeszcze zaznaczyć, że Hegemon Apopi powstała ponieważ była moją wymarzoną książką. Często przecież zdarza się, że człowiek czytając powieść czy oglądając film, serial myśli sobie – czemu ci bohaterowie tak robią, ja bym postąpił/a inaczej lub w ogóle chętnie zmieniłbym/łabym bieg wydarzeń. Właśnie dlatego ja – wiecznie poszukująca powieści, która mnie w pełni zadowoli – zrozumiałam że muszę napisać ją sobie sama. Nie chodzi mi oczywiście o to, że wyszłam z założenia, iż stworzę coś lepszego niż inni, ale raczej o to, że będę mogła zawrzeć dokładnie takie treści jakie mnie interesują i ulepić takie postaci, jakich zawsze poszukiwałam.

Tak więc pomysł i powód już był, ale jednak nie było działania, aż trafił mi się okres w życiu kiedy nie miałam farta w doborze literatury. Parokrotnie chwytałam po książki, które złe nie były, ale nie były też dla mnie. Wtedy właśnie machina ruszyła, wzięłam się za siebie. Usiadłam do komputera i zaczęłam pisać – bo chciałam tej historii, tego świata i tych postaci. I to właśnie one doprowadziły mnie do końca. Nie chcę być patetyczna, ale naprawdę kocham moich bohaterów. Uważam, że zasługiwali na to by wypuścić ich na zewnątrz z mojej głowy – było im tam za ciasno, – a kiedy przenieśli się na papier to zaczęli żyć tak naprawdę i do tego nieźle dokazywać. Najbardziej lubię w nich, ich niedoskonałości. Dalecy są od ideałów, mają trudne charaktery i sporo wad. Potrafią też być w tym całkiem zabawni. Dlatego są idealnym materiałem do kreowania historii o budowaniu relacji. Bo tym właśnie jest Hegemon Apopi powieścią – o zetknięciu się różnych charakterów, o zacieśnianiu nieoczywistych więzi – zawartą w formie utworu fantasy.

Teraz moi bohaterowie są gotowi by ruszyć na głębokie wody i choć boję się o nich to też bardzo w nich wierzę bo tak długo mnie przecież męczyli żeby ich wypuścić, że nie pozostaje mi nic innego jak być z nich dumną i wspierać ich z całych sił.

Opublikowano

Jak szybko napisać książkę?

Jak szybko napisać książkę?

Oczywiście opowiem o tym, jak ja to robię, bo nie przypisuję sobie znajomości jedynej uniwersalnej, objawionej prawdy.  Przede wszystkim należy rozróżnić sam proces pisania książki od czasu jej powstawania. Na sam proces twórczy składa się nie tylko pisanie, ale i zbieranie inspiracji oraz na przykład kompletowanie informacji merytorycznych. 

Proces twórczy dla każdej książki, którą dotychczas napisałem, mimo że różnią się diametralnie, przebiegał podobnie. Porównać mogę to do nadmuchiwania gumowego balonu. Od przyjścia na świat kompletowałem zasoby i powody do tego, aby każda z nich powstała. Gdy przychodziła mi do głowy myśl, aby ją napisać, to tak jakby ten metaforyczny balon we mnie był już dobrze wypełniony. Ideą, czyli myślą przewodnią, filozofią, historią, wiedzą czy umiejętnościami, które chciałem przekazać. 

Zarys, czyli skąd dokąd, i jak ma przebiegać opowieść. Zatem mam punkt startu i mety. Teraz wypełniam punktami przestrzeń pomiędzy nimi, wpisując w punktach hasłowo to, co ma się znaleźć w kolejnych krokach. Czasem rozwijam nieco szerzej zarys, a gdy mam około sześćdziesięciu procent tego, co chcę zawrzeć rozpisane w punktach – balon pęka i zaczynam pisać, pisać, pisać. (Sześćdziesiąt do czterdziestu – jedna z zasad zarządzania czasem).

Samo pisanie to już proces składania tych poszczególnych wątków w całość. Tworzenie pętli, które zgrabnie łączą poszczególne wcześniej zdefiniowane punkty i oczywiście dyscyplina trzymania się przyjętych założeń. Bo za każdym razem rozpoczynając pisanie, przyjmowałem: jaką objętość tekstu mam zamiar napisać, ile tekstu średnio dziennie będę pisał i jaki harmonogram pisania sobie zakładam. (Zazwyczaj to około jedna i pół strony tekstu zapisaną czcionką jedenastką na dzień).

Podsumowując: pomysł w zarysie, plan rozpisany w punkty, założenia od finalnej objętości, plan pracy.

Czy mi się udało za każdym razem utrzymać idealnie w tym, co zaplanowałem? Otóż nie za każdym razem napisałem nieco więcej niż w przyjętym założeniu. Co do dyscypliny pisania, tak i zastanawiając się nad tym twierdzę, że podyktowane to jest entuzjazmem, jaki mi towarzyszył przy powstawaniu każdej z moich książek. Dlatego pisząc sześć dni w tygodniu od 19 marca 2020 zakończyłem pisać Inwersję, która ma objętość dwustu czterech stron 4 czerwca 2020. Moją pierwszą książkę poradnik Kreator rozwiązań, która jest zdecydowanie szczuplejsza, napisałem w tydzień. 

Zatem gdy czujesz gotowość, poweźmiesz myśl o pisaniu, sporządź plan i wypełniaj go treścią. Niech słowa spływają na papier lub niech twoje palce intuicyjnie tańczą po klawiaturze, zapisując kolejne słowa i zadania. Moja sugestia pisz, pisz, pisz to, co do ciebie przychodzi, a potem, dopiero gdy skończysz jakiś fragment, przeczytaj go i koryguj. To naprawdę powoduje, że proces twórczy przebiega zdecydowanie szybciej, niż gdy szlifujesz kolejne zdania, tak jak miałyby brzmieć w ostatecznej wersji. 

To, jak zaznaczyłem na wstępie, moje doświadczenia. Uważam je za skuteczne i możliwe do powielenia przez osoby, które noszą się z zamiarem napisania swojej pierwszej powieści czy poradnika. Bardziej spersonalizowane informacje i dedykowane porady zależą od tego właśnie, jakiego rodzaju dzieło chcesz stworzyć. Wypróbowując powyższe, jestem przekonany, że pisanie pójdzie ci z satysfakcjonującą dynamiką, co też daje się odczuć czytelnikowi. Jakakolwiek by to pozycja nie była, myślę, że w każdej sprawdzi się dobry dowcip. Więc jak to mówią artylerzyści: do działa 😉    

Remigiusz Nestor Kalwarski, autor książek pt. ” Inwersja” i „Kreator rozwiązań”

Opublikowano

Dlaczego napisałem książkę?

Dlaczego napisałem książkę?

Na wstępie muszę przyznać, że odpowiedź nie jest łatwa. Oczywiście mógłbym sobie ułatwić i przytoczyć teraz całą listę różnych powodów. Myślę, że większość czytających znalazłaby w niej także i swoje. Czułbym wtedy niedosyt z takiej odpowiedzi, bez wyjaśnienia i uzasadnienia. Według mnie pozbawiona byłaby pierwiastka inspiracji, a chciałbym, aby go posiadała. Dlatego postaram się  opowiedzieć o przyczynach, które skłoniły mnie do pisania, a w efekcie wydania mojej pierwszej książki i może nie ostatniej.

Ciekawość związana z książkami była we mnie od najmłodszych lat. Kiedy patrzyłem oczami dziecka na napisy reklam czy szyldów, na teksty w gazetach lub książkach, dostrzegałem tylko mniej lub bardziej kolorowe obrazki. Intrygowało mnie, co dorośli w nich widzą? Potrafili wpatrywać się w nie godzinami. Czasami wybuchali śmiechem, a innym razem komentowali i wracali do patrzenia się na nie. Dla mnie było to niewykonalne – siedzieć w ciszy przez kilkadziesiąt minut i wbijać wzrok w czarne, nieruchome znaczki. Moja ciekawość i brak zrozumienia tych obyczajów były ogromne. Czułem jednak, że to musi być coś ważnego, co trzeba poznać, jeżeli chce się być dorosłym. Szybko zaspokajałem moją ciekawość. Dowiedziałem się, co to są litery, wyrazy, zdania i czytanie. Wręcz magiczne wtedy wydało mi się to, że wypowiadane słowa można zapisać, a potem, nawet za sto lat, przeczytać. Dzięki tej wiedzy otaczający mnie świat nabierał nowego i zrozumiałego znaczenia – przestawał być tylko kolażem obrazów. Okazało się, że od samego czytania jeszcze bardziej ciekawiło mnie, jak powstają książki, kto je pisze i dlaczego? Niezwykłym wydawało mi się to, że jedni zapisują słowa, a drudzy je czytają. 

Zawsze słyszałem, że mam bujną wyobraźnię, dlatego powinienem być aktorem lub pisarzem. W mojej ocenie to bardzo różne profesje. Oczywiście jest wiele podobieństw między nimi, na przykład obie często wykorzystują wymyślone zdarzenia lub postacie. Dla obu, słowo pisane jest fundamentem, bez którego nie mogłyby istnieć. Nigdy nie brałem pod uwagę wykonywania tych zawodów. Życie bywa jednak przewrotne. Moja bujna fantazja została dostrzeżona. Otrzymałem propozycję napisania kilku opowiadań science fiction. Tematyka, fabuła, a nawet długość tekstu były z góry określone. Wpasowanie się w te ramy wydawało się proste, zupełnie jak na klasówce w szkole. To mnie przekonało i postanowiłem spróbować. Mimo wszystko traktowałem to jako wyzwanie i możliwość zaspokojenia mojej ciekawości z dzieciństwa. Wyobraźnia podpowiadała mi, że dam radę. Po jakimś czasie tak zdobyte doświadczenie postanowiłem wykorzystać w większym projekcie – napisania własnej książki. Bardzo szybko zrozumiałem, że sam zapał nie wystarczy, że tym razem stałem przed o wiele trudniejszym zadaniem, niż mi się wydawało. Nie było wcześniej wymyślonej fabuły, bohaterów i wątków. Wszystko musiałem ułożyć samodzielnie, a moja wyobraźnia co chwila poddawana była ciężkim próbom. W ten sposób zderzyłem się z niewidzialną ścianą, którą nazwałem twórczą. Czułem, że pokonanie jej będzie wiązało się z wewnętrzną przemianą – z autora krótkich historyjek zamkniętych w opowiadaniach w twórcę książek. Musiałem podjąć decyzję, czy chcę kontynuować i angażować się w czasochłonne hobby, które być może nigdy nie wyjdzie poza przestrzeń mojej szuflady? Potrzebowałem uzasadnienia dla samego siebie i motywacji. Wróciłem na początek i zadałem sobie pytanie ‒ dlaczego piszę książkę? Powody, które odkryłem, przekonały mnie i dały zastrzyk potrzebnej energii. 

Uświadomiłem sobie, że proces twórczy daje mi radość. Ucieczka w świat wyobraźni pozwalała mi się zrelaksować, a jednocześnie poznawać samego siebie. Pisząc nowe akapity, jestem zarazem ich pierwszym czytelnikiem. Wielokrotnie je przeglądam i oceniam, czy myśli, które chcę przekazać, zapisałem zgodnie z zamierzeniami. Czy oddają to, co chciałem przekazać i czy będą zrozumiane zgodnie z moją intencją? Jaka będzie opinia czytających?

Zauważyłem, że książka dla mnie, autora, stała się czymś więcej niż produktem w księgarni. Dawała mi niesamowitą możliwość i moc przekazywania w niemy sposób wielu rzeczy, jak myśli, refleksje, spostrzeżenia czy doświadczenia. Ograniczona jest wyłącznie wyobraźnią autora. Książka może inspirować, pozwala rozbudzać ciekawość i wpływać na wyobraźnię czytelników, jednocześnie dzieląc się swoją. To niesamowite. Tak, jestem tym zainteresowany. 

Kolejnym powodem była ciekawość, od której wszystko zresztą się zaczęło. Tym razem dotyczyła refleksji, że książkę można porównać do fotografii. Swoistą mieszankę przemyśleń, doświadczeń i wyobraźni autora, zastygłych, utrwalonych na stronach książki. Przeczytać za kilka lat ten sam tekst i ponownie poddać go ocenie. Co wtedy pomyślę? Czy moje refleksje i myśli będą podobne? Perspektywa ta wydała mi się bardzo interesująca i zachęcająca do pisania.

Świadomość wszystkich tych argumentów przekonała mnie, żeby napisać książkę – przecież wszystko, co robimy, zawsze ma jakiś cel i powód.

P. Spinel, autor książki pt. „Urlop z kradzieżą w tle”

Opublikowano

Od czasu powstania pomysłu do napisania powieści może minąć kilka lat ale gdy nadejdzie ta chwila zaczynamy pisać – o tym, jak to było w przypadku książki pt. „GEN”, opowiada autor Juliusz Adel.

Skąd czerpałem inspirację do napisania książki pt. „GEN”?

Nie wiem, kiedy pojawiła się ta myśl, a właściwie obraz pochylonego nad postawioną na biurku maszyną do pisania mężczyzny. Mała, stojąca obok lampka oświetlała powstający tekst. Miałem wtedy kilka lat. Ten mężczyzna siedział i pisał książkę – to byłem ja w przyszłości. Były zatem jakieś pomysły, rękopisy, kilka spisanych na maszynie utworów, a potem komputer.

Czas mijał, lata leciały. Kilkadziesiąt wierszy, kilkanaście opowiadań, kilka powieści, które lądowały w szufladzie.

Warszawę z różnych powodów odwiedzałem wielokrotnie. Klinika, praca, polityka, odwiedziny rodziny. Nie zgubię się w Warszawie, ale też nie mogę powiedzieć, że znam dobrze miasto. Ciekawość pcha mnie jednak między budynki.

Warto umieścić tam akcję powieści.

Dawno, dawno temu wśród nowych znajomych usłyszałem o GMO, ale nie znałem tego skrótu, więc pytam. To nie jest wstyd nie wiedzieć, wstydzę się udawania, że wiem. Długo rozmawialiśmy na ten temat, poznałem trochę szczegółów, ale było mi mało, więc sięgnąłem po kolejne informacje: czytałem artykuły, obejrzałem kilka filmów, kupiłem książki. Szczególnie inspiruje mnie historia Arpada Pusztaiego.

To jest to, o czym chciałem napisać.

Stoję całkowicie bezradny, wpatrzony w panujący na biurku bałagan. Przy każdym spotkaniu zastanawiam się, jakim cudem tak niekompetentny człowiek zostaje prezesem, w jakim celu „prawa ręka” prezesa podpuszcza tego nieradzącego sobie człowieka do popełniania kolejnych błędów.

Tych ludzi warto zapamiętać.

Jadący w celach biznesowych do Beneluksu kuzyn zaproponował mi wyjazd, bo już kiedyś byłem w Holandii. Wyjazd jest „objazdowy”, więc kilka miejscowości zwiedzam sam, ale w Brukseli jesteśmy razem. Niestety czasu mamy niewiele i spacerujemy po magicznym centrum miasta. Cudne miejsce.

Warto choć na chwilę przenieść tu bohaterów książki.

Rozmowa z dyżurnym strażnikiem, jedna brama, zostawiam telefon w skrytce, a kluczyk chowam do kieszeni, druga brama, przejście koło stołówki i „spacernika”, drzwi, jedna krata, druga krata, długi korytarz, schody, kolejna krata, czekanie w towarzystwie strażnika więziennego na otwarcie sali. Takie miejsce, taki kurs. I prowadzę wykłady, planuję, a następnie prowadzę zajęcia praktyczne, poznaję kursantów. Ludzi o różnej przeszłości i niepewnej przyszłości.

To są ludzie, o których chciałem napisać.

Tylko skończę ten kurs i wyjadę do pracy w Austrii.

Kurs kończę z opóźnieniem i muszę zrezygnować z wyjazdu do Austrii, jadę do Szwecji. Dobrze się tam czuję. Cisza, spokój, przestrzeń. Więcej pracy niż zwiedzania, ale i tak poznaję okolicę, ludzi i ich zwyczaje. Spaceruję po lesie, relaksuję się nad okolicznymi jeziorami, poznaję ludzi, którzy także inspirują. Zabytkowe XVII-wieczne siedlisko na górce ma swój klimat, jest też czas na pisanie.

Włączam w radiu stację z klasycznym szwedzkim punk rockiem, uruchamiam laptopa. Słowa spływają na ekran, tworząc zdania, zdania układają się w akapity, akapity tworzą rozdziały. Teraz już na pewno to jestem ja. Pochylam się nad klawiaturą postawionego na biurku laptopa. Mała, stojąca obok lampka oświetla klawiaturę, na ekranie pojawia się powstający tekst.

Juliusz Adel, autor książki pt. „GEN”

Opublikowano

Jak sprzedać książkę?

Jak sprzedać książkę?

W książce „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Robert T. Kiyosaki przytacza historię znanej dziennikarki, która opanowała sztukę pisania do perfekcji i która pisała dobre książki, ale nie miała efektów sprzedażowych. Żaląc się na ten stan rzeczy autorowi, którego książki sprzedały się w nakładzie 30 milionów egzemplarzy i przez lata utrzymywały się na liście bestsellerów, usłyszała niezwykłą wskazówkę: „Powinna pani zapisać się na kurs sprzedaży”. Jej zdziwienie było ogromne i uznała tę wskazówkę za coś, co ją obraża jako dobrą pisarkę. W rezultacie wyszła obrażona ze spotkania i nie skorzystała z udzielonej rady. 

Robert Kiyosaki swoją pierwszą książkę wydał sam w systemie self-publishinbgu. Żaden wydawca nie był zainteresowany jej publikacją, wielu twierdziło, że zawarte w niej treści są nieprawdziwe i przez to nie znajdzie na nią chętnego wydawcy. Autor wydrukował książkę sam i odniósł spektakularny sukces. Stało się tak dzięki jego umiejętnościom sprzedaży, promocji i przede wszystkim dzięki zawartym w jego książce rewolucyjnym treściom.  Ważny był też upór i wiara w siebie. 

Kiyosaki to niejedyny przykład słynnego odnoszącego sukcesy autora, który samodzielnie wydawał swoje książki. Robili tak również Edgar Allan Poe, Stephen King czy E.L. James, autorka książki „Pięćdziesiąt twarzy Graya”, która odniosła jeden z największych sukcesów literackich ostatnich lat. Tylko nieliczni autorzy mogą poszczycić się takimi sukcesami, ale jak widać na przykładzie wyżej wymienionych, nie ma znaczenia, czy książkę wydajemy sami czy w tradycyjnym wydawnictwie. Ważne jest, co i jak piszemy, czy są chętni nas czytać czytelnicy, których zainteresuje nasza twórczość, szczęście, jak w każdej dziedzinie życia i czy umiemy ją sprzedać!

Co decyduje o sukcesie książki?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zadają je sobie codziennie wydawcy i pisarze na całym świecie, ale tylko nielicznym udaje się odnieść spektakularny sukces. Na pewno istotne jest to, o czym opowiada książka i czy ma szanse zainteresować potencjalnie duże grono odbiorców. Niezależnie jednak, czy jest to literatura piękna czy beletrystyka najwyższych lotów, literatura na poziomie literackiej nagrody Nobla, reportaż traktujący o ważnych zagadnieniach, czy romanse, które porywają miliony, to ważni są czytelnicy. 

Autor może tworzyć książki „do szuflady”, ale jeśli myśli o wydawaniu i sprzedaży, to musi zaproponować treści, które zainteresują innych. Nie należy jednak skupiać się na pisaniu „pod publikę”, bo dla nieznanego autora szanse, że jego książka trafi do grona dużej liczby odbiorców, jest mała. Na swoje nazwisko pisarz pracuje latami, zdobywając czytelników, kolejnymi wydanymi książkami. To proces, w trakcie którego należy pozostać w zgodzie ze swoimi upodobaniami, stylem i treściami, które zawieramy w książce. Nawet wtedy, gdy autor wyda kilka książek, które spotkają się z przychylnymi recenzjami, nie ma gwarancji, że jego twórczość trafi do milionów. Może na zawsze pozostać mało rozpoznawalnym pisarzem, który ma jednak swoje grono czytelników i sprzedaje im swoje książki. 

Jak sprzedawać książkę przed jej wydaniem?

W przeciwieństwie do XIX-wiecznych czy nawet XX-wiecznych autorów możliwości promocji i sprzedaży książek dla początkujących autorów są niewspółmiernie większe. Konkurencja oczywiście również. Pisarze zyskali potężne narzędzie w postaci internetu i mediów społecznościowych. Przytoczony przykład E.L. James, która publikowała za darmo elementy swojej słynnej książki w internecie, angażując czytelników w tworzenie fabuły, ewidentnie ilustruje, że budowanie grona zaangażowanych odbiorców można zacząć na długo przed wydaniem pierwszej książki. To tylko jeden ze sposobów promocji. 

W internecie funkcjonuje wiele osób, które w wyniku prowadzonych blogów, kont na portalach społecznościowych, gdzie publikują treści, cieszą się dużym zainteresowaniem, posiadają znaczne grono wiernych obserwatorów potencjalnie zainteresowanych zakupem ich książki. Zazwyczaj są to treści poradnikowe, od zdrowego trybu życia, psychologii, podróży do szeroko rozumianego biznesu. Tacy autorzy, zanim wydadzą książkę, gromadzą wokół siebie potencjalnych czytelników, co przekłada się później na wyniki sprzedaży. Pisarze preferujący poezję mogą zaistnieć, biorąc udział w konkursach poetyckich, a ci piszący beletrystykę mogą publikować fragmenty na dedykowanych do tego portalach internetowych. Nawet jeśli autor nie jest popularnym blogerem ani nie publikował fragmentów książki w internecie, zawsze pozostaje informowanie czytelników o książce przed jej wydaniem, np. poprzez media społecznościowe. Warto pomyśleć o zainteresowaniu nią poczytnych blogerów, którzy jeśli zgodzą się na jej przeczytanie i recenzję, mogą znacznie zwiększyć krąg zainteresowanych czytelników. 

Jak wydać książkę?

Prawidłowa odpowiedź nie brzmi: w tradycyjnym wydawnictwie lub samemu, ale starannie! Niezależnie od obranej drogi wydawniczej cały wysiłek pisarza poświęcony na napisanie książki i budowanie grona odbiorców może zniweczyć niestarannie przygotowana publikacja. Redakcja, skład, korekta i przyciągająca uwagę okładka składają się razem na jakość książki, która zależna jest nie tylko od treści i wysiłku autora, ale również od pracy wykonanej w trakcie przygotowania publikacji. Błędy ortograficzne, stylistyczne, literówki, brak profesjonalnego składu i okładki skutecznie zniechęcą czytelników do zakupu i czytania książki, nawet jeśli zawarte w niej treści są porywające. Zarówno wydając samemu, jak i u tradycyjnego wydawcy pokładamy wiarę w profesjonalizm wydawnictwa. 

W obu modelach zdarzają się jednak przypadki, gdzie wydawca nie stanął na wysokości zadania lub czasami wystarczy, że ktoś wyśle do druku błędne pliki i efekt jest, lekko mówiąc, mało zadawalający. Ważne, żeby tego pilnować i przykładać do tego dużą wagę. 

Sprzedaż książki

Autorzy, którzy zbudują grupę czytelników przed wydaniem książki, mogą liczyć na udaną premierę. Duża sprzedaż w pierwszych tygodniach po premierze niesie za sobą sporą szansę, że zainteresuje się nią większa liczba księgarni i dystrybutorów. Rynek chce zarabiać pieniądze i jeśli książka danego autora cieszy się powodzeniem, to wszyscy chcą ją sprzedawać. Tym, którzy nie wykonają tej pracy przed premierą, pozostaje liczyć na skuteczne działania promocyjne wykonane przez wydawnictwo. 

W tradycyjnym modelu to wydawnictwo ryzykuje swoje środki na wydanie książki. Koszt przygotowania publikacji, wydruk nakładu i dystrybucja leżą po stronie wydawcy. Nikt nie angażuje swoich zasobów, nie licząc na ich zwrot i zarobek, dlatego renomowane wydawnictwa promują wydawane przez siebie książki na wiele różnych sposobów. Reklamy w portalach społecznościowych, pozyskiwanie wartościowych opinii poczytnych recenzentów, reklamy na często uczęszczanych serwisach tematycznych, zgłaszanie książek do konkursów literackich. Dział PR wydawnictwa stara się zainteresować publikacją wybranych dziennikarzy, aby napisali o książce lub opowiedzieli o niej na antenie. Organizowane są konkursy w mediach, w których np. w zamian za przekazane egzemplarze, autorzy zapraszani są do audycji radiowych czy telewizyjnych. Jeśli książka porusza ważne zagadnienia społeczne, to liczba zainteresowanych mediów może być znaczna, a to przekłada się na sprzedaż. Jeśli to beletrystyka, to wciągająca historia przedstawiona w książce i nierzadko osobowość samego autora mogą mieć decydujące znaczenie dla zainteresowania dziennikarzy. Największe światowe bestsellery i uznani pisarze mogą liczyć również na bardzo drogie, odpłatne formy reklamy w sieciach księgarni, w internecie, a nawet w tradycyjnych mediach. 

Te wszystkie działania wymagają sporego zaangażowanie wydawcy i generują koszty nierzadko podobne lub większe od tych zainwestowanych w same wydanie książki. Dlatego w tradycyjnym modelu wydawniczym to wydawnictwo zatrzymuje dla siebie lwią część dochodu ze sprzedaży książki. 

Inaczej wygląda to w modelu self-publishingu. Autor sam pokrywa koszty przygotowania i publikacji książki, a wydawca zajmuje się jej dystrybucją. W tym wypadku wydawcy również zależy na sprzedaży książki autora. Sukces sprzedażowy buduje nazwisko autora i prestiż wydawcy. Wydawca otrzymuje co prawda mniejszą część dochodu, ale zajmując się wydaniem książki, dba o sukces autora.  Z racji tego, że to autor poniósł koszty, również autorowi należy się większa część zysku z jej sprzedaży. Dlatego bardzo ważne jest, aby autor w porozumieniu z wydawcą zaplanowali działania promocyjne, które wspomogą sprzedaż książki. 

W tradycyjnym modelu autor pokrywa koszty promocji pośrednio, rezygnując na rzecz wydawcy z dużej części dochodu ze sprzedaży książki. W modelu, w którym sam ponosi koszty jej publikacji, powinien zaangażować dodatkowe środki na jej promocję, a obowiązkiem wydawcy jest zapewnienie autorowi środków i narzędzi do realizacji działań marketingowych. Mogą to być wysyłki do recenzentów, promocja książki i autora na stronie internetowej wydawcy i na jego kanałach w mediach społecznościowych. Zadbanie o odpowiednią promocję i ekspozycję informacji o książce przez dystrybutora, zapewnienie dostępu do profesjonalnej obsługi PR czy negocjowanie odpłatnych form reklamy z dystrybutorami i księgarniami. W tych tematach wydawca wspiera autora, ale część obowiązków tradycyjnego wydawcy przejmuje na siebie autor.  Pieniądze, które inwestuje w marketing, podobnie jak tradycyjny wydawca, mogą zadecydować o jej sukcesie. 

W modelu self-publishingu wydawca i autor są partnerami, którzy wspólnie pracują nad sukcesem książki. To wymaga zaangażowania z obu stron. 

Kiedy autor książki odniesie sukces?

Czasami bardzo szybko, a czasami nigdy. Nikt nie zna recepty, ale każdemu autorowi i jego książce można pomóc w zaistnieniu na rynku. Składa się na to mnóstwo okoliczności, podjętych decyzji, wykonanej pracy i niekiedy szczęścia. Mówi się, że książki nieznanych autorów mają szansę się sprzedawać dopiero po trzeciej, czwartej publikacji. Na rynku są takie przykłady, ale są też spektakularne debiuty. Faktem jest, że należy cierpliwie budować grono odbiorców i liczyć, że z biegiem czasu nasza grupa czytelników urośnie na tyle, że każda kolejna książka będzie murowanym sukcesem. W końcu pisanie to nie recepta na sukces, a sposób na życie i realizacja pasji. 

Opublikowano

SŁOWA MAJĄ MOC! Czyli dlaczego napisałem INWERSJĘ?

SŁOWA MAJĄ MOC! Czyli dlaczego napisałem INWERSJĘ?

Odpowiedź, której udzielę dziś, różni się od tej, której udzieliłbym, zanim zasiadłem do pisania.  Różni się od tej, którą dałbym jeszcze między marcem a czerwcem dwa tysiące dwudziestego roku, kiedy to pracowałem nad książką. Chyba wiele osób, kiedy kończy jakieś zadanie, projekt, zauważa zmianę swojego podejścia do zagadnienia, którym się zajmowało. Jeśli nawet nieświadomie, to umysł samoistnie robi remanent, przez co można zauważyć zmianę  nastawienia do ukończonego dzieła. Dzieje się to zapewne też pod wpływem tych wszystkich okoliczności i wydarzeń, które zaszły w trakcie pracy nad danym zagadnieniem ‒ dziełem. Dokonuje się oswojenie go i głębsze zrozumienie danej kwestii. Dotyczy to nie tylko doświadczeń, których się nie spodziewałem, lecz także i tych, które były wkalkulowane w proces, lecz zanim stały się doświadczeniem fizycznym, były tylko informacją funkcjonującą w świadomości nawet niewyobrażeniem. Zmieniły jednak swoją wagę czy wartość, a przez to moje podejście do procesu, który się dokonał, uległo ewolucyjnej metamorfozie. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że napisałem INWERSJĘ, bo od lat marzyłem o tym, aby pisać powieści. Przede wszystkim napisałem ją jednak, bo słowa mają moc! 

Słowa mają MOC, by kreować całe światy, budować wielkie rzeczy, ale też, by niszczyć wszystko i zabijać wolę istnienia. Od słowa się zaczyna, bo precyzuje ono i uściśla, konkretyzuje myśli. „Słowa to czarodziejskie pchły” – śpiewa L.U.C. Nasz świat się od niego zaczyna i nim się skończy. Więc gdy chcesz cokolwiek zmienić w świecie, którego jesteś uczestnikiem, elementem, ale i demiurgiem, to słowo daję, masz dostęp do MOCY. Zrozumieć to i nauczyć się nim posługiwać, by doświadczać magicznych zdarzeń i przeżywać swoje życie w szczęściu przez duże „S”, było dla mnie jak odnalezienie źródła istnienia.

Bo pisanie działa terapeutycznie, tak jak wygadanie się przyjacielowi. Jak lekarstwo uśmierzające ból. I to fenomen, że nie tylko ten psychiczny. Okazuje się, że pisanie może poprawić stan fizyczny, a to poprzez fakt połączenia między sferami, z jakich się składamy, czyli Ciała, Umysłu i Ducha. Dowodzą tego badania naukowe między innymi przeprowadzone przez Jamesa Pennebakera z University of Texas w Austin i Joshui Smytha z Syracuse University. Przeprowadzili oni kilka prób, które pokazały, że codzienna praktyka sam na sam z własnym słowem może czynić CUDa. W eksperymentach, które przeprowadzili z udziałem chorych, grupa, która codziennie poświęcała pół godziny na opisywanie swoich przeżyć, wyniki badań wykazywały znaczną poprawę stanu zdrowia niż w grupie kontrolnej. Takie rezultaty zauważono jednakowo u chorych ze zdiagnozowanymi chorobami przewlekłymi, ale również u tych, u których zdiagnozowano choroby, na które medycyna w tym czasie nie znała lekarstwa, więc uważano ich za nieuleczalnie chorych. Skąd się biorą te rezultaty? 

Wyobraź sobie, że każdej doby w twoim umyśle pojawia się około sześćdziesięciu tysięcy myśli, a ile z nich znajduje ujście w formie słów? W zależności od twoich indywidualnych preferencji to maksymalnie jedna trzecia. A średnio to tylko jedna czwarta, w tej pozostałej części może się zapętlić coś, co cię zatrzymuje w miejscach, które są dla ciebie trudne. I takie zapętlenia są niczym przytkane arterie, powodujące niedokrwienie, a w końcu zawał. No i…? No i…

Pisząc, w skupieniu swoją uwagę koncentrujesz w sposób podobny do medytacji. Pisząc, wprowadzasz pewną strukturę i organizację do tygla niespokojnych uczuć. Do „kotła” skojarzeń, wspomnień i wyobrażeń. Łatwiej przezwyciężasz doświadczenia, a tak naprawdę emocje z nich wynikające. Bo emocje są przecież manifestacją, uproszczoną formą skojarzeń i myśli związanych z bodźcami, które odbieramy. Tłumienie negatywnych myśli związanych z trudnymi przeżyciami upośledza działanie układu odpornościowego. A wystarczy pisać przynajmniej przez 15 minut dziennie przez trzy, cztery dni. Pisać o poważnych traumach życiowych. Pisać o negatywnych doświadczeniach, które utrzymywane są w tajemnicy lub o których nie opowiesz szczegółowo innym osobom. Pisać, i w ten sposób skutecznie uwalniać się od wysiłku wkładanego w aktywne tłumienie myśli i emocji z nimi związanych. A im bardziej absorbujące są negatywne myśli, tym skuteczniejsze okaże się pisanie o nich. Pisanie ekspresywne, bo taką nazwę się przyjęło, jest skuteczną metodą i może pomóc w rozwiązaniu prawie każdego problemu psychicznego lub fizycznego związanego ze stresem. Ma też inne zalety, bo: można lepiej zrozumieć siebie i swoje emocje, dzięki temu podejmować trafniejsze decyzje (do myślenia na papierze zachęcałem już w mojej pierwszej książce zatytułowanej Kreator rozwiązań, której wznowienie ukaże się niebawem).

Dowodem na to, jak doskonałym narzędziem jest dla człowieka pisanie, są fakty zamieszczane w biografiach wielu pisarzy. Można się dowiedzieć, że tacy twórcy, jak Henry Miller, Virginia Woolf  czy Ernest Hemingway, pisali nie tylko dlatego oczywiście, że było to ich pasją – w każdym razie nie przede wszystkim z tego powodu – ale głównie dlatego, że stało się to dla nich oczyszczającym rytuałem. Prywatną, codzienną autoterapią, bez której trudno byłoby im żyć. Virginia Woolf  na przykład mówiła wprost, że to właśnie pisanie ratowało ją każdego dnia, że było dla niej tym, czym dla innych ludzi jest psychoanaliza…

I kiedy mając już pomysł na fabułę powieści, zacząłem ubierać ją w akcję, bardzo głęboko zatonąłem emocjonalnie w przedstawiane wydarzenia. Wracałem do trudnych dla mnie sytuacji. Ujawniły się znów skrzętnie skrywane wspomnienia, które tym razem pozwalałem sobie całkowicie odczuć i w pełni przeżyć do końca. Dzięki temu pozamykałem otwarte pętle myślowe, które paradoksalnie przypominają, zamkniętą przecież, wstęgę Mobiusa. Oczyściłem się z wielu negatywnych emocji i uczuć dotyczących tego, co jest już przeszłością. Pisząc natomiast o sytuacjach, które w moim życiu nie miało odzwierciedlenia, pozwalałem sobie na eksperymenty intelektualne i zabawę wyobraźnią. Mogłem sobie „pobaraszkować umysłem”. Dokonać symulacji ‒ asymilacji z inną osobowością. Dlatego pisanie Inwersji dostarczyło mi również ogrom przyjemności. Aby następnie obsypać mnie podarunkami, które wykreowałem poprzez ich zobrazowanie na stronach książki. Dlatego przekonałem się, że słowa mają MOC!!! 

Osiemdziesiąt pięć procent reklamacji wynika z niewłaściwego użytkowania zakupionego towaru. To smutna prawda oparta na statystykach z wielu branż i dziedzin. Potwierdzają to też moje osobiste  doświadczenia. I nie inaczej jest również w tym, jak ludzie używają MOCy, jaka jest w słowie. To, że słowa służą tobie do komunikacji z innymi osobnikami twojego gatunku, to nie znaczy, że we właściwy sposób komunikujesz wszechświatowi to, czego chcesz. Dlatego to, co dobre w twoim życiu zawdzięczasz sobie, ale to, co przykre i trudne niestety również. Świadomość non stop rywalizuje z naszą podświadomością. Czasem czujesz, że coś jest dobre, ale… nie, to przecież jest nieracjonalne, więc rezygnujesz, no bo może to śmieszne? A innym razem masz świadomość tego, że możesz coś zrobić. Możesz coś zmienić, nawyki, emocje czy programy powstrzymują cię jednak skutecznie przed zrobieniem choćby kroku. Wydaje się nieracjonalne to, co opisałem powyżej? 

To jak wytłumaczysz to, co opiszę za chwilę?

Kreacja rzeczywistości: Edgar Alan Poe w powieści Przygody Artura Gordona Pyma opisuje przypadek kanibalizmu zdesperowanej załogi statku, której głód zagląda w oczy, a ofiarą staje się niejaki Richard Parker. W 1884 roku doszło do takiej sytuacji faktycznie, nie tylko w dziele literackim, które zostało wydane w 1838 roku. Ciekawostką jest to, iż nazwisko zjedzonego w powieści jest identyczne, A powstała przecież czterdzieści lat wcześniej. Także data 5 lipca w ciekawy sposób wiąże powieść Poe i Migonette, czyli jednostkę, która zapadła w pamięć z tych drastycznych powodów, otóż ten dzień to data premiery powieści i data zatonięcia statku. Przypadek? Tak powie nie jeden. No to proszę dalej… W 1898 roku Morgan Robertson napisał Upadek Tytana. 14 lat później także w kwietniu tonie… Tytanik, tak jak w powieści niezatapialny i wyposażony w zbyt małą ilością szalup, aby uratować wszystkich pasażerów.

W moim przypadku pewne sformułowania wypowiedziane na głos i raz po raz powtórzone w różnych okolicznościach zadziałały niczym magiczne zaklęcia, które wszechświat zrealizował w najprostszy możliwy sposób. To, że złamałem nogę może odwlekło się w czasie o kilka lat, ale już rozstanie z pierwszą żoną zaistniało w przeciągu roku od wypowiedzianego przeze mnie zdania. Konieczność wyjazdu za granicę do pracy pojawiło się w pięć miesięcy po tym, jak rzuciłem tę myśl i wypowiedziałem te słowa w przestrzeń. Jednak nie tylko przykre doświadczenia były moim udziałem, bo i poznanie wielu ciekawych i przyjaznych ludzi, wydanie już drugiej i perspektywa kolejnych trzech książek. Znalezienie mi partnerki, która mogę powiedzieć, jest jakby wypisz wymaluj według zamówienia, zajęło Wszechowi, już tylko trzy miesiące. A zatem czynię postępy, i Wszechu też… 

Czasami dzielimy się pomysłami ze wszechświatem i odbieramy pomysły od niego. Czasem przychodzi nam coś do głowy ‒ pomysł, z którym nie czujemy się zdolni albo gotowi wystartować i porzucamy go, zapominamy, a po kilku lub kilkunastu miesiącach albo kilku latach dowiadujemy się, że ktoś gdzieś na świecie albo w miejscu, które my uznaliśmy za odpowiednie do realizacji tego projektu, zrobił to coś, co kiedyś do nas przyszło. Ja na przykład w moim wczesnonastoletnim życiu, czyli około tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, miałem pomysł połączenia instytucji sierocińca i domu spokojnej starości w jedno. Po dwudziestu kilku  latach dotarła do mnie informacja, że taki model eksperymentalnie został wdrożony w Kanadzie około dwu tysięcznego osiemnastego roku. I świetnie się sprawdza w praktyce. I to jeden z bardziej spektakularnych przykładów, a zapewne i ty masz takie doświadczenia?

Ja napisałem INWERSJĘ i jej kontynuację, aby nie tylko marzyć, ale by być kreatorem SWOJEGO życia.

Remigiusz Nestor Kalwarski, autor książki pt. „INWERSJA”

Opublikowano

Skąd się biorą książki o własnych doświadczeniach?

Skąd się biorą książki o własnych doświadczeniach?

Są osoby, które lubią się dzielić uśmiechem, dobrym humorem, miłością i troską, swoim doświadczeniem. Tym, co ulotne, i tym, co namacalne. Decyzja o dzieleniu się swoimi zasobami materialnymi jest dla wielu z nas pozornie trudniejsza, bo wtedy ich nam ubywa. Pozostawia jednak konkretny ślad. Może to być potwierdzenie bankowe przelanej kwoty, dyplom z podziękowaniem, ale może to być aparatura medyczna czy nawet budynek szkoły lub szpitala. Fundatorzy lub organizatorzy zbiórek chętnie mocują na nich swoje „wizytówki” – pamiątkowe tabliczki. Budzi to uzasadnione uznanie, ba, nawet podziw innych, a często jest także wzorem i zachętą dla nich do podobnych działań. Każdy, kto kiedyś brał udział w organizacji takich projektów, doskonale zna to uczucie ogromnej satysfakcji dzielenia się z innymi. 

Jest też inna platforma dzielenia się – to chęć opowiedzenia o swoich przemyśleniach i doświadczeniach. Wszyscy mamy w sobie coś z nauczyciela. Najpierw pobieramy nauki od tych mądrzejszych i bardziej doświadczonych, potem się nimi dzielimy z innymi. Tak bywa zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. To przecież my jesteśmy nauczycielami dla naszych dzieci. Dzielimy się swoimi doświadczeniami z koleżankami i kolegami, ze swoim zespołem w pracy.

Kiedy następuje jakieś ciekawe wydarzenie w naszym życiu, które chcemy utrwalić, najczęściej robimy zdjęcia i wrzucamy je na Facebooka. Czasem dodamy jakiś tekst, kiedyś były to albumy z fotografiami lub listy. Są jednak osoby, które mają dar od Boga do przelewania swoich myśli „na papier”, a teraz „na klawiaturę”, barwnie opisując swoje wspomnienia. Na ich podstawie powstają narracje będące osią fascynujących powieści, które potem jak ciepłe bułki rozchodzą się w stacjonarnych lub interstacjonarnych księgarniach. 

Co jednak skłania, nie tego z wrodzonym talentem, ale tego przeciętnego mieszkańca naszej planety do napisania książki? Do dzielenia się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami z innymi, głównie nieznanymi mu osobami, do dzielenia się sobą?

Zapewne wiele elementów tej decyzji jest wspólnych, a równocześnie każdy ma jakiś jeden ten swój, ten osobisty, ten jedyny, ten tylko mój.

To, że „talent od Boga” mają nieliczni, to już ustaliliśmy. Co ciekawe, nawet ci z talentem ciężko pracują, po to aby osiągnąć oglądany i jakże chętnie czytany przez nas efekt. Gdzieś przeczytałem, że nasza wspaniała noblistka Olga Tokarczuk, aby napisać 1 (słownie: jedną) książkę, musi przeczytać innych książek aż 1000 (słownie: tysiąc) – WOW!!!

Wracamy więc z powrotem z literackiego kosmosu na ziemię, do grona tych, którym Bóg talentu p. Olgi poskąpił. Aby wygenerować w sobie chęć napisania książki, musi w naszym życiu coś się wydarzyć, coś przełomowego, coś co nami wstrząśnie. Znane jest powiedzenie, że prawdziwy mężczyzna musi mieć syna, zasadzić drzewo (z upływem czasu zmieniono to w wybudowanie domu) oraz napisać książkę.

U ojców trzech córek, takich jak ja, pokusa dzielenia się swoimi myślami rośnie więc wielokrotnie, w miejsce tego syna, którego nam mieć nie dano. W dodatku jest to dzielenie, od którego wcale nie ubywa (materialnie rzecz jasna), a wręcz przybywa. Opis jednego zdarzenia, pobudza pamięć do sięgania coraz to głębiej, do wspomnień, okoliczności, motywacji i końcu jego konsekwencji lub rezultatów. Jeśli chcemy uchwycić szerszy kontekst, warto sięgnąć po inne opisy, źródła, fakty, porównać swój przypadek z innymi – no i wychodzi na przepis p. Olgi…

dr. Mariusz Szeib, autor książki Ósmy kontynent