Opublikowano

Czym może zachwycić Kraj Kwitnącej Wiśni? O Japonii, jej mieszkańcach i tamtejszej kulturze dowiecie się więcej z książki Kingi Kocimskiej Japonia. Notatki z podróży. Przeczytajcie rozmowę z Autorką.

Jak powstawała Pani książka? Był to długotrwały proces? A może „notatki z podróży” powstawały na gorąco, szybko i intensywnie, podczas jednego wyjazdu?

Właściwie i jedno, i drugie. Najpierw były to notatki spisywane na szybko w czasie podróży i zwiedzania poszczególnych miejsc. Wówczas nie przeszło mi nawet przez myśl, że kiedyś mogą przybrać formę książki. Spisywałam różne fakty i ciekawostki, jakich dowiadywałam się od przewodników i z zebranych ulotek, a do tego dodawałam krótkie podsumowanie danego dnia. Było ono rozwinięciem mojego harmonogramu, który skrupulatnie rozpisałam sobie przed podróżą, aby nie tracić czasu na sprawy organizacyjne na miejscu. Jak się potem okazało, zupełnie słusznie, ponieważ przez większość pobytu… nie miałam dostępu do Internetu ani nawet możliwości skorzystania z własnego telefonu, więc o organizowaniu czegokolwiek raczej nie było mowy! 

Po powrocie z Japonii wróciłam do notatek, aby odświeżyć swoje wspomnienia. A ponieważ moje pośpieszne pismo nie jest zbyt czytelne, zwłaszcza w podręcznym notatniku trzymanym na kolanie, postanowiłam je przepisać na czysto, tym razem bez pośpiechu. Spodobała mi się ta pamiętnikowa forma, ponieważ nie tylko umożliwiła mi powrót do Japonii w mojej głowie, lecz także stanowiła pewnego rodzaju ćwiczenie medytacyjne oraz językowe. Notatki stopniowo się rozrastały i po ponad dwóch latach pisania z przerwami zrobiło się ich tyle, że postanowiłam ubrać je w moją ulubioną formę: książki na papierze.

Jak Europejczyk czuje się, gdy po raz pierwszy ląduje w Japonii? Zupełna obcość?

Myślę, że to zależy w pewnym stopniu od kontekstu podróży. Jeśli leci się tam w interesach, a nie dla przyjemności, odbiór Japonii wydaje się zupełnie inny. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie z relacji kolegów z pracy. Oni skupiali się na dotarciu do celu i załatwieniu spraw, głównie za pomocą tłumacza. 

W moim przypadku była to bardzo osobista podróż, wymarzona przez przeszło dwie dekady. Oprócz marzeń przez ten czas również wiele czytałam o Japonii – o kulturze, zwyczajach, mitologii, estetyce, mentalności, literaturze itd. oraz uczyłam się hobbystycznie języka japońskiego. Dlatego wydaje mi się, że u mnie nie wystąpił szok kulturowy – wręcz przeciwnie: zachwyt kulturowy, ponieważ wreszcie na własnej skórze miałam okazję doświadczyć tego ogromu fascynujących rzeczy, o których wcześniej mogłam jedynie czytać. 

Sądzę jednak, że zarówno pasjonatów jak i biznesmenów w pierwszej chwili rzeczywiście ogarnia uczucie obcości i oszołomienia. Zanim jeszcze postawimy nogę na lądzie, z okiem samolotu można dostrzec, z jakiego ogromu maleńkich wysepek składa się Japonia – tych naturalnych i sztucznych. Przy podejściu do lądowania widać wiele takich skrawków lądu utworzonych w zatokach na obrzeżach i wewnątrz Tokio. To krajobraz całkowicie inny od polskiego, prawda? Drugą rzeczą, która uderza, jest system komunikacji sprawnie obsługujący dziesiątki milionów Tokijczyków w godzinach szczytu. Rozkłady jazdy czy instrukcja obsługi automatów do biletów to jedna z rzeczy, których raczej trudno nauczyć się z podręcznika. Trzeba tego zwyczajnie doświadczyć samemu, tym bardziej, że trudno uniknąć tego praktycznego aspektu w życiu codziennym. I oczywiście samo miasto – mówię tu teraz o Tokio – dosłownie przyprawia o zawrót głowy: gęsta zabudowa budynków, kolorowe neony, szyldy z zupełnie odmiennym pismem, tłumy ludzi w niewytłumaczalnie skoordynowanym i płynnym ruchu. 

Notatki stopniowo się rozrastały i po ponad dwóch latach pisania z przerwami zrobiło się ich tyle, że postanowiłam ubrać je w moją ulubioną formę: książki na papierze.

Co jest dla Pani najciekawszego w Japonii? Co najbardziej Panią urzekło?

Och, było tego tak wiele, że… wystarczyło na książkę! Przede wszystkim urzekli mnie ludzie – ich serdeczność, otwartość i chęć niesienia pomocy. A z tej podczas swojego pobytu musiałam skorzystać wielokrotnie, ponieważ dość często się gubiłam lub wpadałam w różne zabawne i czasem niezręczne sytuacje.

Gdybym jednak miała wybrać jedną rzecz, która mnie oczarowała w Japonii, postawiłabym na synkretyzm. Być może wyda się to oczywiste, bo przecież nie raz słyszymy, że Japonia jest kolebką tradycji i nowoczesności, ale rzeczywiście tak jest! Jednak usłyszeć czy przeczytać pusty slogan to nie to samo, co doświadczyć tego synkretyzmu na żywo – zwłaszcza jeśli pochodzi się z kraju i kultury, w których dominuje jednorodność, spójność i stałość tradycji, religii i kultury. Uważam, że to piękne cechy, lecz to co urzekło mnie w kulturze japońskiej to to, że Japończycy wynieśli je na kolejny poziom: nadal są oddani tradycji (obrządki, święta, wierzenia, architektura, rękodzieło) lecz jednocześnie czerpią całymi garściami z innych kultur i języków. I w fantastyczny sposób łączą je ze sobą, czy to w kulturze popularnej, wzornictwie, języku czy architekturze.

Trudno mi powiedzieć, ile jest pochwały a ile krytycznego spojrzenia w ich adaptacji do rozwijającego się świata, lecz fascynuje mnie, z jaką łatwością i elastycznością Japończycy zapożyczają obce elementy, dostosowują je do swoich potrzeb i realiów, a potem… sprzedają ten nowy produkt z powrotem na Zachód! Najprostszym przykładem może być popularne już od dawna w Polsce anime – japońskie filmy animowane. Wiele produkcji bazuje na elementach zaczerpniętych z tradycji europejskiej (np. symbole religijne, postaci i wątki historyczne, moda, zapożyczenia językowe itp.), lecz są one osadzone w realiach japońskich (miejsce akcji, architektura, mentalność).

Innym przykładem takiego eklektyzmu, z którym się zetknęłam, jest harmonijne współistnienie religii buddyjskiej, wierzeń sintoistycznych i… elementów chrześcijańskich. Przykładowo ślub jest odprawiany według zasad shintō, a pogrzeb w obrządku buddyjskim, lecz żadna z tych tradycji nie wyklucza celebrowania zachodnich walentynek, spożywania z rodziną bożonarodzeniowego obiadu, ozdabiania choinki czy odwiedzania świątecznych straganów, które są tak popularne w Europie. 

Bardziej „przyziemnym” przykładem mieszkanki kulturowej jest moda. W Japonii istnieją modowe „gangi”, które prześcigają się w pomysłowych kreacjach. W dzielnicy Akihabara można zobaczyć nastolatki ubrane w kreacje z epoki wiktoriańsko-edwardiańskiej w wydaniu sukienki mini albo gotyckie Lolity, które w swoich ubiorach mieszają koronki z ćwiekami i butami w stylu Vivienne Westwood.

Wszystko to jednak tworzą ludzie – bez nich nie byłoby tradycji, ani tych dawnych, pielęgnowanych od wieków, ani tych nowoczesnych, spajających kontrastujące elementy. 

A jakieś przeżycie bądź doświadczenie, które [w Japonii] najbardziej Panią zszokowało bądź zniesmaczyło?

Jako turystka zachwycona kulturą Japonii, a do tego na zaledwie tygodniowej wycieczce, nie miałam właściwie okazji poznać tego kraju od negatywnej strony. Jednak po rozmowach ze znajomymi Japończykami i Polakami, którzy tam mieszkają, zdaję sobie sprawę, że Kraj Kwitnącej Wiśni może przed niektórymi stawiać spore wymagania. Nie chodzi nawet o system wizowy, który skutecznie zatrzymuje napływ obcokrajowców, sprawiając, że 99% mieszkańców kraju to Japończycy. Aspekty takie jak praca często wymagają poświęcenia swojego życia prywatnego. Jeśli szef poprosi pracownika, by ten został w pracy godzinę dłużej, w słowniku podwładnego nie występuje słowo „nie”. Podobnie, jeżeli ma się do wykorzystania dziesięć dni urlopu rocznie, czasem „wypada” wziąć go mniej lub nie wziąć w ogóle, żeby pokazać lojalność wobec pracodawcy.

Niestety – tak jak w wielu innych krajach – w Japonii występują też przejawy rasizmu i braku akceptacji dla obcokrajowców. Często tylko z racji innego pochodzenia niektórzy mieszkańcy Japonii w oczach rodowitych Japończyków pozostają na zawsze obcymi, niezależnie od tego, jak długo mieszkają w danej społeczności lub jak bardzo się jej przysłużą. Nie miałam na szczęście okazji doświadczyć takiego traktowania, lecz słyszałam takie smutne historie z opowiadań znajomych, którzy się tam osiedlili. Myślę więc, że w przypadku stałego pobytu Japonia może być dla nas, Europejczyków, krajem równie pięknym, co zagadkowym, a nawet trudnym.

Jedyną dość przykrą sytuacją, która (niebezpośrednio) mi się przydarzyła, było spotkanie z pewną turystką, która wyraziła swoje oburzenie Japończykami i ich kulturą. Nie rozumiejąc, co dokładnie miała na myśli, poprosiłam, żeby opowiedziała mi, co się stało. Wyjaśniła, że podczas jednej z wycieczek autokarowych wysiadła na niewłaściwym przystanku, przez co nie wiedziała, jak ma wrócić do swojego hotelu. Próbowała znaleźć odpowiedni przystanek oraz skorzystać z taksówki, jednak bezskutecznie.  Ostatecznie w panice zaczęła wymachiwać rękami, by zatrzymać przechodniów i poprosić o pomoc. Niestety nikt jej tej pomocy nie udzielił. Przykro było mi to słyszeć, bo przecież ja również byłam jedynie turystką, jednak z dalszej rozmowy okazało się, że ta pani zupełnie nieświadomie prosiła o pomoc w sposób, który Japończycy odebrali za arogancki i wulgarny. Mogłaby uniknąć tej kłopotliwej sytuacji, gdyby przed przyjazdem poświęciła chwilę na przejrzenie jakiegoś przewodnika z praktycznymi wskazówkami. W Japonii wiele osób krępuje się mówić po angielsku z uwagi na swój akcent i przez to unika rozmów z obcokrajowcami, czego zapewne nie przeczytamy w przewodniku. Wiele źródeł natomiast podaje, że płatności dokonuje się tam nadal w znacznej mierze tylko gotówką, a karta American Express jest obsługiwana w stosunkowo niewielu miejscach. Myślę też, że niezależnie od kraju i kultury dobrym pomysłem jest nauczenie się dwóch, trzech podstawowych słów takich jak „dzień dobry” i „dziękuję” w obcym języku, bo to w jakiś magiczny sposób zawsze pomaga przełamać lody i skierować rozmowę na przyjazne tory.

Dzięki formie pamiętnikowych zapisków chciałam podzielić się z Czytelnikami zwyczajnym życiem i perypetiami, które mi się przydarzyły i których każdy z nas może doświadczyć, wybierając się do obcego kraju po raz pierwszy.

Książka Japonia. Notatki z podróży to pozycja hybrydowa, wymykająca się prostym zaszufladkowaniom. To coś więcej niż po prostu „literatura podróżnicza”. Czym dla Pani jest to dzieło?

Przede wszystkim osobistą przygodą. Dzięki formie pamiętnikowych zapisków chciałam podzielić się z Czytelnikami zwyczajnym życiem i perypetiami, które mi się przydarzyły i których każdy z nas może doświadczyć, wybierając się do obcego kraju po raz pierwszy. Swoje historie starałam się wzbogacić ciekawostkami, bo sama bardzo lubię, gdy ktoś mi opowiada o interesujących i mało znanych faktach. Zwyczajnie lubię uczyć się nowych rzeczy. 

Samo pisanie było dla mnie również ćwiczeniem językowym i swego rodzaju medytacją, oderwaniem się od rzeczywistości, nie wspominając już o treningu systematyczności. Napisanie książki utwierdziło mnie także w przekonaniu, że często można zajść o wiele dalej, idąc drobnymi kroczkami niż usiłując pokonać cały dystans jednym skokiem. To oczywiście z wykluczeniem przepaści, bo tych nie da się pokonać na raty, a wyłącznie dużym skokiem. Dla mnie jednym z takich skoków był bilet do Japonii.

Jakiemu czytelnikowi poleciłaby Pani swój tytuł w pierwszej kolejności?

Każdemu, kto lubi ciekawostki, opowieści z życia przy ciastku i kawie (albo zielonej herbacie) i choć odrobinę ciekawi go Japonia lub przynajmniej kultura dość odległa od polskiej. Książka została napisana przystępnym językiem, w krótkich rozdziałach i oprószona dozą humoru, więc prawdopodobnie każdy Czytelnik może znaleźć w niej coś dla siebie.

W książce czytelnik znajdzie dużo zdjęć, które robiła Pani podczas swojego pobytu w Japonii. Jak mają się one do tekstu? Czy traktuje Pani te zdjęcia jako odrębny sposób ekspresji – na zatrzymanie chwili – czy one raczej po prostu dopełniają literacką narrację?

Przy pisaniu tekstu zdjęcia były dla mnie tak samo istotne i pomocne jak pierwotne notatki, o których mówiliśmy wcześniej – również stanowiły podstawę książki. Pamięć ma to do siebie, że w miarę upływu czasu bywa zawodna, a dzięki zdjęciom dokładnie przypomniałam sobie chronologię wydarzeń, co znacznie ułatwiło pracę nad tekstem. 

Z zawodu i zamiłowania jestem tłumaczem, nauczycielem i fotografem, więc ze słowami i obrazami obcuję na co dzień. Są narzędziem mojej pracy, przez co stały się po części moją drugą naturą. Zdjęcia same w sobie zawsze były dla mnie środkiem „szybkiej ekspresji” – przeciwieństwem pędzla i ołówka, z których kiedyś korzystałam częściej. Jednak w przypadku tej książki miały nieco inne zadanie – miały służyć wyłącznie sprawnemu udokumentowaniu chwili, by zilustrować wydarzenia i poruszane tematy. Nie chciałam przekładać sposobu swojej pracy twórczej na wizytę w Japonii, ponieważ ominęłaby mnie upragniona przyjemność obcowania z otoczeniem – zwyczajnie skupiałabym się na kompozycji w kadrze zamiast zachwycać się Japonią.

Czy chętnie czyta Pani o Japonii? W Polsce coraz bardziej popularna staje się japońska kultura literacka. Wystarczy spojrzeć na fenomeny takich wydawnictw jak Tajfuny czy Kwiaty Orientu. Jak Pani uważa, skąd u nas takie zainteresowanie literaturą Kraju Kwitnącej Wiśni w ostatnich latach?

Tak, jak najbardziej! Moje marzenie o odwiedzeniu Japonii wykrystalizowało się dzięki fascynującym lekturom, jakie w pod koniec lat 90. odkryłam m.in. za pośrednictwem Instytutu Orientalistyki UW czy Wydziału Informacji i Kultury Ambasady Japonii w Warszawie. Wśród pierwszych zdobytych przeze mnie książek znalazły się dostępne wówczas polskie przekłady powieści i opowiadań znanych japońskich autorów takich jak Yasunari Kawabata, Jun’ichirō Tanizaki, Natsume Sōseki, Kōbō Abe czy popularny Haruki Murakami. Trafiły na półkę obok zbioru słowników, podręczników i innych pozycji na temat historii, mitologii, estetyki czy zwyczajów. Z racji pracy zagranicą od ponad dekady kontakt z Japonią mam właściwie jedynie za pomocą źródeł anglojęzycznych, przez co ominęło mnie sporo nowości wydawniczych z tej tematyki na rynku polskim. Muszę jednak przyznać, że wspaniale jest móc obecnie zobaczyć w Polsce taką różnorodność dostępnych pozycji i materiałów związanych z literaturą i kulturą Azji – jest ogromna różnica między tym, co możemy przeczytać teraz, a zakresem literatury sprzed dwudziestu lat. Wydawnictwo Tajfuny odgrywa w tym fantastyczną rolę.

Myślę, że jest wiele czynników, które wpłynęły na zainteresowanie Japonią w Polsce w ostatnich latach, nie tylko w dziedzinie literatury. Niewątpliwie swoją zasługę miało tu przystąpienie Polski do Unii Europejskiej i związane z tym ułatwienia w podróżowaniu oraz kontaktach i wymianie handlowej, co z pewnością przełożyło się na otwarcie i współpracę wielu wydawnictw. Ogromny udział, jak sądzę, miała, i być może nadal ma, popularyzacja komiksu i animacji japońskiej (mangi i anime), do której w połowie lat 90. przyczyniły się czasopisma takie jak Kawaii, Animegaido czy częściowo Secret Service. Sam zakup przez Polsat niezwykle wówczas popularnej „Czarodziejki z Księżyca” rozbudził zainteresowanie tą, jakże wtedy egzotyczną, kulturą. Swój udział miał też coraz powszechniejszy dostęp do zagranicznych kanałów telewizyjnych, popularyzacja konwentów, pojawiające się szkoły językowe oferujące naukę japońskiego i wreszcie sam Internet, który daje praktycznie nieograniczone możliwości nawiązywania kontaktów i poszerzania wiedzy. A dziś, dzięki e-bookom, podcastom, Youtube’owi, mediom społecznościowym i aplikacjom na telefon możemy dowiadywać się jeszcze więcej. Wydaje mi się, że wszystko to po części złożyło się na dostępność źródeł na temat Japonii, a co za tym idzie, pojawienie się wielu przekładów i nowych autorskich pozycji książkowych na naszym rynku.

Rozmowę z autorką przeprowadziła Agnieszka Wilczyńska. Wywiad opublikowany na portalu Twoja Księgarnia

Opublikowano

O książce pt. „Z anoreksją na pokładzie. Wyznania stewardesy” opowiada Katarzyna Zachacz

Książka powstała z moich zapisków, notatek które robiłam w czasie choroby. Kiedy byłam w szponach anoreksji, zagubiona z brakiem chęci do życia pisałam. Było to pisanie tradycyjne w notatniku z długopisem w ręku. Pomagało mi to zrozumieć moje emocje, myśli które były w mojej głowie napędzane przez anoreksję oraz depresję. Zapisanie, przelanie na papier wszystkiego co czułam dawało mi jasny obraz tego co działo się w moim umyśle oraz zrozumienie w jaki sposób anoreksja mną kierowała.  Pisanie to była również ucieczka od ciągłych awantur z bliskimi, którzy nie rozumieli mnie, pisząc czułam że to jedyna droga do zrozumienia samej siebie. Nie zakładałam że moje osobiste notatki, przemyślenia po jakimś czasie zamienię na książkę, którą uda mi się wydać. Jednak widząc ile radości oraz przyjemności sprawia mi pisanie, a o najważniejsze pomaga w pewien sposób w mojej walce z chorobą, zaczęłam przelewać to co myślę na klawisze laptopa. Zupełnie spontanicznie w czasie terapii narodził się pomysł porównania wychodzenia z choroby do lotu samolotem. Ze względu na moją prace bardzo mocno rezonowało ze mną to porównanie. Każdy pojedynczy lot samolotem jak i osoba chora nie są jednakowe oraz nie są linearne. Można napotkać wiele nieprzyjemnych sytuacji, turbulencji ale nie zapominajmy także pięknych widoków, które w czasie choroby dają motywację, aby konturować drogę leczenia. Zagłębiając się w to porównanie widziałam coraz więcej metafor i zbieżności, dlatego zaczęłam coraz intensywniej pisać. Wtedy po raz pierwszy w mojej głowie narodziła się myśl wydania moich przemyśleń w formie książki. Siadając do klawiatury komputera płynęłam pisząc to co czuję oraz co czułam kiedy anoreksja rządziła każdą minutą mojego życia.

W czasie pisania, zapominałam o tym co mnie otacza, siadałam w ciszy poranka i pisałam co dyktuje mi moje serca i dusza. Budziłam się w środku nocy z potrzebą pisania. Rozum wymyślał miliony powodów dla których powinnam zaprzestać pisania, jednak to z duszy wypływały moje słowa i to było w momencie pisania dużo silniejsze niż krzyczące ego. Proces pisania książki i wdania jej był bardzo szybki, jednak myślę że to poniekąd to dobrze ponieważ mój umysł z każdym dniem wymyślał nowe powody dla których nie powinnam tego robić. W głębi serca nie chciałam aby moje słowa trafiły do szuflady bo wiem jak bardzo są potrzebne dla osób które zmagają się z zaburzeniami odżywania. Będąc w złym stanie w czasie choroby, szukałam na polskich półkach książek związanych z zaburzeniami odżywiania, niestety były to tylko naukowe publikacje ciężkie do przyswojenia dla osoby zawładniętej anoreksją, która nie może skupić się na niczym innym poza jedzeniem. Czytałam publikacje angielskie i amerykańskie, które mi bardzo pomogły zrozumieć chorobę. Wydanie książki to pomoc dla wszystkich, który potrzebują wsparcia w czasie zmagań z zaburzeniami odżywiania. Lekka i niezbyt długa forma książki ma im pomóc,  dać nadzieję i impuls do walki z chorobą. Książką chciałam pokazać, że osoby chore nie są same i przede wszystkim nie powinny czuć się winne że cierpią na zaburzenia odżywiania. Zależało mi także aby wybrzmiało w książce kilka zdań do społeczeństwa, które jest zupełnie nieświadome problemu jakim są zaburzenia odżywiania. Błędne przekonania  stereotypy krążące wokół tylko ranią osoby chore. Dlatego też książka nie jest tylko dla osób chorych ale dla wszystkich. 

Opublikowano

O książce „Pół gangster, pół serio” opowiada autorka, Ewa Sobel

Dlaczego napisałam książkę „Pół gangster, pół serio”?

W szkole zawsze byłam bardziej humanistką niż umysłem ścisłym. Co ciekawe, mimo wszystko jako dziecko nie lubiłam czytać. Uwielbiałam za to pisać opowiadania do szuflady. Nazwijmy to „amatorszczyzną”, bo wtedy były to takie głupoty, że głowa mała.

Z wiekiem odkryłam jednak, że kocham również czytać. W podstawówce problem polegał na tym, że narzucano mi lektury, które musiałam przeczytać w jakimś konkretnym wyznaczonym wcześniej terminie. Czytanie z obowiązku to żadna frajda. Zabawa zaczęła się wtedy, gdy sama mogłam wybrać książkę, która odpowiadała mi pod każdym względem. Fabuły, stylu czy nawet autora.

Wróćmy jednak do tematu pisania. Na długi czas porzuciłam tworzenie historii. Po prostu zwątpiłam w swoje umiejętności i zdecydowałam się na naukę języka hiszpańskiego, który zauroczył mnie od pierwszej chwili, gdy tylko miałam okazję usłyszeć jego cudowne brzmienie.

Po latach jako piętnastolatka znalazłam w internecie pewne forum, na którym ludzie amatorsko dodawali swoje opowiadania. Zerknęłam w pierwsze lepsze, którego zainteresował mnie tytuł. Tego samego dnia pochłonęłam wszystkie zamieszczone tam 38 rozdziałów wraz z krótkim epilogiem. Niejednokrotnie popłynęła mi też łza ze wzruszenia. Od niemal dziesięciu lat autorka jest moją najlepszą przyjaciółką.

Podsumowując, przeczytana historia (której tytułu nie będę zdradzać ze względu na anonimowość autorki) zainspirowała mnie pod każdym względem. Uwierzyłam w siebie i zaczęłam na nowo pisać oraz publikować anonimowo swą „małą-wielką” twórczość. Ludzie komentowali i nie chwaląc się, zbierałam całkiem niezłe recenzje. Wszystko usunęłam jednak, gdy zdecydowałam się wydać książkę.

I gdy ponownie wpadłam w ten pisarski trans, uświadomiłam sobie, że to całe moje życie i nie mogę tego ot tak porzucić. Nie pisząc, jestem nieszczęśliwa, a podczas tworzenia pośród liter składających się w zdania, odnajduję samą siebie.

Fabuła „Pół gangster, pół serio” powstała niespełna osiem lat temu i początkowo miała być opowiadaniem jednorazowym pod innym tytułem „Proszę, tylko nie TY!”. Wówczas wyrabiałam sobie jeszcze styl i nie planowałam wydania. Zawsze o tym marzyłam, ale w tamtym okresie nie sądziłam, że moja pisania nadaje się na pełnoprawną książkę. Rok temu odważyłam się jednak i podjęłam decyzję swojego życia. Zaczęłam dopieszczać historię pod każdym względem. Milion razy potrafiłam wrócić do początku i dopisać coś nowego lub poprawić szyk zdania. Uwielbiam romanse z domieszką kryminału, mafii w tle i dużej dawki humoru, dlatego taką też historię starałam się stworzyć. Moja polonistka ze szkoły średniej po przedpremierowej lekturze ponoć była zachwycona, więc cóż mogę dodać?

Chyba tylko tyle, że tom drugi już się pisze, a głowa pełna pomysłów i bujnej wyobraźni tworzy też całkiem inne, nowe opowieści.

Życzę przyjemnej lektury! 😀

Ewa Sobel

Opublikowano

O książce pt. „Hegemon Apopi” opowiada Justyna Komuda

Dlaczego napisałam Hegemon Apopi?

Wydaje mi się, że Hegemon Apopi zrodziła się w mojej głowie już bardzo dawno temu. Właściwie to jestem tego pewna. Jeden z głównych bohaterów pojawił się w moich myślach już we wczesnych latach gimnazjalnych, a i sama Apopi wyklarowała się chwilę później. Obie postaci mocno ewoluowały od tamtego czasu, ale prawdą jest, że już wtedy istniały.

Parokrotnie przymierzałam się do napisania tej książki, ale życie odciągało mnie od niej, w typowy dla siebie sposób – szkoła, studia, praca, dom, a później jeszcze wyprowadzka w nieznane do Berlina. Tak wiele powodów by nigdy nie dokończyć powieści, ale jednak… 

Zanim przejdę do sedna to chciałabym jeszcze zaznaczyć, że Hegemon Apopi powstała ponieważ była moją wymarzoną książką. Często przecież zdarza się, że człowiek czytając powieść czy oglądając film, serial myśli sobie – czemu ci bohaterowie tak robią, ja bym postąpił/a inaczej lub w ogóle chętnie zmieniłbym/łabym bieg wydarzeń. Właśnie dlatego ja – wiecznie poszukująca powieści, która mnie w pełni zadowoli – zrozumiałam że muszę napisać ją sobie sama. Nie chodzi mi oczywiście o to, że wyszłam z założenia, iż stworzę coś lepszego niż inni, ale raczej o to, że będę mogła zawrzeć dokładnie takie treści jakie mnie interesują i ulepić takie postaci, jakich zawsze poszukiwałam.

Tak więc pomysł i powód już był, ale jednak nie było działania, aż trafił mi się okres w życiu kiedy nie miałam farta w doborze literatury. Parokrotnie chwytałam po książki, które złe nie były, ale nie były też dla mnie. Wtedy właśnie machina ruszyła, wzięłam się za siebie. Usiadłam do komputera i zaczęłam pisać – bo chciałam tej historii, tego świata i tych postaci. I to właśnie one doprowadziły mnie do końca. Nie chcę być patetyczna, ale naprawdę kocham moich bohaterów. Uważam, że zasługiwali na to by wypuścić ich na zewnątrz z mojej głowy – było im tam za ciasno, – a kiedy przenieśli się na papier to zaczęli żyć tak naprawdę i do tego nieźle dokazywać. Najbardziej lubię w nich, ich niedoskonałości. Dalecy są od ideałów, mają trudne charaktery i sporo wad. Potrafią też być w tym całkiem zabawni. Dlatego są idealnym materiałem do kreowania historii o budowaniu relacji. Bo tym właśnie jest Hegemon Apopi powieścią – o zetknięciu się różnych charakterów, o zacieśnianiu nieoczywistych więzi – zawartą w formie utworu fantasy.

Teraz moi bohaterowie są gotowi by ruszyć na głębokie wody i choć boję się o nich to też bardzo w nich wierzę bo tak długo mnie przecież męczyli żeby ich wypuścić, że nie pozostaje mi nic innego jak być z nich dumną i wspierać ich z całych sił.

Opublikowano

Skąd pomysł na książkę pt. „9 ognisk” – Marek Tomalik

Dlaczego napisałem tę książkę? Po co to wszystko?

Bo ją nosiłem w sobie od kilku lat. Bo lubię pisać, a nade wszystko lubię się dzielić tym, co mam. Pierwotnie książka miała łączyć fizykę kwantową i mistycyzm rdzennych kultur, ale wymknęła się spod kontroli i poszła szerzej. Jej zamysł i koncepcja w obecnym kształcie zmaterializowały się w ciągu 30 minut w czasie spaceru po lesie, pierwszego po lockdownie w marcu 2020.  

To, o czym piszę, zaprzątało mi głowę od dawna. Bardzo powoli to oswajałem. Dużo czytałem. Łamałem umysł, bo racjonalnie nie mogłem wchłonąć. Czego? Tego, że nauka, której jesteśmy beneficjentami, nie daje rady, że rozmija się z wiedzą, że zamiast patrzeć holistycznie szatkuje nam świat na puzzle i nawet nie chce ich złożyć. I to, że tego nie zauważamy, bo w tym wyrośliśmy. I raczej nie umiemy patrzeć z różnych pespektyw. 

William Blake zauważył ten problem już ponad 200 lat temu, i to dlatego w swoim poemacie umieścił Newtona z cyrklem na dnie oceanu. I za to szanuję Blake’a, za jego wizjonerskie podejście do rzeczywistości. Za odwagę, bo w XVIII wieku panoszył się rygoryzm, nie tylko moralny… Mistyk Blake często pojawia się w mojej książce, zresztą moja koncepcja dziewięciu ognisk oparta jest na dziewięciu nocach poematu „Czterej Zoa”. Nieco wcześniej Blake zaistniał z „Małżeństwem Nieba i Piekła” w mojej książce „Lady Australia” (2012). Tu, w „9 OGNISKACH”, kontynuuje misję, a właściwie to ja służę jego misji… 

Z tą „nauką” idzie w dyskurs wiedza (od drugiej okładki, rozdziały 7–9), którą mają, a na pewno mieli, ludzie rozsianych po świecie rdzennych kultur. Rozmawiam z kilkoma z Australii, i z jednym z Meksyku. Idee się przenikają, i schodzą w środku książki, czyli w jej końcu. Zamysł podwójnej okładki prowokuje do kręcenia książką, podobnie jak Rdzenni Australijczycy, szukając perspektywy z lotu ptaka, obracają fotografię we wszystkich kierunkach. A ci, z którymi przy ognisku rozmawiam, to moi mates, zacni przyjaciele drogi. W książce składam im hołd. Moje życie bez nich nie byłoby tak „kolorowe” 😊   

A dlaczego tyle cytatów? Po pierwsze – dla oddechu od gęstej treści dialogów, po drugie – aby sięgnąć po więcej, po treści lepsze, jeśli tylko temat wciągnął. Moje poszukiwania trwały długo, odsiałem wiele. Czytelnikowi pozostawiłem tylko najlepsze ziarna. 

Wkroczyliśmy w Erę Wodnika, w wielu wymiarach szykuje się potężna zmiana. I lepiej oswoić sobie łamanie perspektyw, bo łatwiej będzie przebrnąć tę epokową granicę. Toteż moja książka może się tu przydać. Jest filarecka – łam czego rozum nie złamie 😊 Sarkazm, bo nie cierpię Mickiewicza. A piszę o tym dlatego, żeby czytając „9 OGNISK” przypadkiem nie dać się złapać, że tu takie wszystko logiczne i poukładane. Guzik prawda! Lepiej złapać dystans, do siebie i swoich problemów, do świata, i do…fantasmagorii autora.  

Opublikowano

Dlaczego napisałam książkę o Japonii – Kinga Kocimska

Dlaczego Japonia?

Moje zainteresowanie Japonią nie pojawiło się od razu. Na początku, jak zapewne u wielu innych miłośników tego kraju i kultury, była to fascynacja mangą i anime, czyli japońskim komiksem i animacją. W moim przypadku przygoda z Krajem Kwitnącej Wiśni rozpoczęła się w połowie lat 90. od zauroczenia „Czarodziejką z Księżyca”. Gdy byłam w podstawówce, żadna z wieczorynek (nie ujmując oczywiście nic półjapońskiej przecież „Pszczółce Mai”!) nie przemawiała do mnie tak jak tamta produkcja. Nie miałam wtedy pojęcia, że powstają filmy animowane, które przedstawiają postaci złożone, mające osobowość i historię życia, że może być w tym coś więcej niż tylko kreskówka. I tak stopniowo poprzez przygody Usagi Tsukino i jej koleżanek zaczęłam zagłębiać się w tę zupełnie dla mnie nową kulturę. 

W liceum przyszedł czas na zapoznanie się z innymi aspektami Japonii – sięgnięcie do historii, mitologii, literatury, języka. Wyszukiwałam wszystkie możliwe wówczas do zdobycia pozycje wydawnicze, które mogłyby mi pomóc lepiej poznać japońską kulturę. Na maturze z języka polskiego wybrałam temat, który pozwolił mi wykorzystać w wypracowaniu powieść „Sedno rzeczy” autorstwa Sōseki Natsumego. Ryzyko się opłaciło, bo pomimo oczywistego braku tego tekstu w spisie lektur, zdałam z całkiem niezłym wynikiem. Naturalną koleją rzeczy była decyzja o podjęciu studiów japonistycznych. Niestety spełzła na niczym z racji wybitnie drobnych oczek w sicie egzaminów wstępnych. Ostatecznie ukończyłam anglistykę, co również było dobrym wyborem, ponieważ znajomość tego języka otworzyła mi wiele innych furtek, w tym ogrom materiałów związanych z Japonią, które nie były dostępne po polsku. 

Pomimo zupełnie innego obrotu spraw, niż chciałam, Japonia wciąż zaglądała w moją codzienność, choćby przez hobbystyczną naukę języka, sztukę, filmy czy kontakt z Japończykami za pomocą listów czy popularnego wówczas komunikatora ICQ. Perspektywy znacznie się poszerzyły po wejściu Polski do Unii Europejskiej i związanymi z tym ułatwieniami w podróżowaniu. Pracowałam jako nauczyciel i tłumacz języka angielskiego, gdy narodził się pomysł wyjazdu do Szkocji. Tu Japonia stała się jeszcze bardziej dostępna z uwagi na wielokulturowość Wielkiej Brytanii, dzięki czemu miałam okazję nawiązać nowe przyjaźnie z kręgu japońskiej kultury. Gdy rozpoczęłam studia fotograficzne w Edynburgu, Japonia zeszła na drugi plan, ponieważ całą uwagę i czas poświęcałam rozwijaniu nowej pasji i umiejętności. Pewnego dnia, po odebraniu dyplomu ukończenia studiów, zupełnie niespodziewanie otrzymałam od brata w prezencie… bilet do Japonii! I wszystko odżyło na nowo.

Japonia skrywa tak wiele ciekawostek i – w zachodnim odczuciu – sprzeczności, że nie sposób jest zawrzeć tak szerokiego tematu w krótkim akapicie. Jednym z fascynujących aspektów tego kraju jest połączenie tradycji i nowoczesności, które są widoczne praktycznie na każdym kroku: od umeblowania pokoju po sposób spożywania posiłku. Oczywiście wiadomo jest, że Kraj Kwitnącej Wiśni stoi także za mniej chlubnymi epizodami zapisanymi na kartach historii, zresztą jak wiele innych państw. Mimo to myślę, że wspaniale jest móc poznać kulturę tak inną od naszej i móc osobiście doświadczyć jej różnorakich aspektów: muzyki, sztuki, wzornictwa, architektury, kuchni, zwyczajów, historii, języka. Mam nadzieję, że te opowiadania choć nieco przybliżą zaciekawionym tematem czytelnikom ten niezwykły kraj.

Skąd pomysł na książkę?

Książka powstała właściwie zupełnym przypadkiem. Można by rzec, że zaczęła powstawać niepostrzeżenie i prawie samoistnie – od notatek zapisanych na szybko w podręcznym notesie, na kolanie w podróży. Stąd tytuł roboczy „Japonia. Notatki z podróży”, który został już tytułem właściwym, bo najtrafniej oddaje zawartość tego zbioru kartek. Zapiski zaczęły przyjmować dłuższą formę niedługo po powrocie z Japonii – pierwotnie tylko po to, aby utrwalić niesamowite wspomnienia. Pamięć po pewnym czasie lubi płatać figle, więc pomyślałam, że warto zawczasu stworzyć sobie taką „kopię zapasową”. Swoje notatki weryfikowałam wiedzą i informacjami z innych źródeł, aby mój pamiętnik miał też jakąś wymierną wartość merytoryczną. Dopisywałam kolejne szczegóły, które przypominały mi się, gdy wracałam do zdjęć z wyjazdu i tym sposobem tekstu przybywało. W końcu zrobiło się go tyle, że postanowiłam go uporządkować, nadając my śródtytuły dla lepszej orientacji w treści. W pewnym sensie dopiero przy spisywaniu wspomnień uzmysłowiłam sobie, jakiego bogactwa przeżyć udało mi się doświadczyć w ciągu zaledwie dziesięciu dni (choć tak naprawdę tych dni było o wiele więcej, o czym będzie można przeczytać w książce). 

Swoje notatki pisałam tak, jakbym opowiadała o swoich przygodach rodzinie i przyjaciołom na spotkaniu przy herbacie. Stąd drugi powód ubrania notatek w formę książki – aby móc podzielić się niezwykłymi przeżyciami z każdym znajomym, który mnie pytał, jak minął mi pobyt w Japonii. Słuchacz musiałby prawdopodobnie wypić hektolitry herbaty, zanim zdążyłabym opowiedzieć mu o wszystkich perypetiach, więc książka, do której można sięgnąć w dowolnej chwili i przeczytać tekst w swoim ulubionym tempie, wydaje się nieco praktyczniejszym rozwiązaniem.

Trzecim, również dość praktycznym powodem, było obcowanie z językiem polskim. Od ponad dwunastu lat na co dzień w większości posługuję się językiem angielskim, więc praca z obszernym tekstem po polsku pozwoliła mi na powrót do równowagi językowej.

Ostatnim powodem było zachowanie zdjęć w formie, do której lubię wracać – albumu oraz książki. Z zawodu i pasji obcuję z tekstem i obrazem, a do tego bardzo bliski jest mi papier, więc łączenie tych elementów w procesie powstawania książki sprawiło mi ogromną przyjemność.

Oczywiście samo wydanie książki okazało się przy okazji bardzo ciekawym i pouczającym doświadczeniem. Zapoznałam się w praktyce z procesem wydawniczym: od pracy redaktora, grafika i korektora (którym bardzo dziękuję za wspaniałą współpracę!) po dane techniczne wymagane przez drukarnię. 

Po rozdaniu w prezencie zaplanowanych stu egzemplarzy, projekt miał się skończyć. I tak by było, gdyby nie zapowiedź przez Netflix premiery nowej odsłony „Czarodziejki z Księżyca” w czerwcu tego roku. A ponieważ moja przygoda z Japonią zaczęła się właśnie od tego serialu, uznałam, że warto dać szansę tekstowi, jeśli mógłby sprawić choć trochę radości również innym wielbicielom Czarodziejki oraz czytelnikom zainteresowanym Japonią.

Kinga Kocimska (ur. 1982) pochodzi ze Sławacinka Starego pod Białą Podlaską. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Abertay University (Dundee, Szkocja), członek British Institute of Professional Photography. Z pasji i zawodu fotografuje, tłumaczy i uczy języka angielskiego. Miłośniczka odkrywania nowych rzeczy. Pośród jej wielu zainteresowań szczególne miejsce zajmują Japonia, koty i papier.

Opublikowano

Jak szybko napisać książkę?

Jak szybko napisać książkę?

Oczywiście opowiem o tym, jak ja to robię, bo nie przypisuję sobie znajomości jedynej uniwersalnej, objawionej prawdy.  Przede wszystkim należy rozróżnić sam proces pisania książki od czasu jej powstawania. Na sam proces twórczy składa się nie tylko pisanie, ale i zbieranie inspiracji oraz na przykład kompletowanie informacji merytorycznych. 

Proces twórczy dla każdej książki, którą dotychczas napisałem, mimo że różnią się diametralnie, przebiegał podobnie. Porównać mogę to do nadmuchiwania gumowego balonu. Od przyjścia na świat kompletowałem zasoby i powody do tego, aby każda z nich powstała. Gdy przychodziła mi do głowy myśl, aby ją napisać, to tak jakby ten metaforyczny balon we mnie był już dobrze wypełniony. Ideą, czyli myślą przewodnią, filozofią, historią, wiedzą czy umiejętnościami, które chciałem przekazać. 

Zarys, czyli skąd dokąd, i jak ma przebiegać opowieść. Zatem mam punkt startu i mety. Teraz wypełniam punktami przestrzeń pomiędzy nimi, wpisując w punktach hasłowo to, co ma się znaleźć w kolejnych krokach. Czasem rozwijam nieco szerzej zarys, a gdy mam około sześćdziesięciu procent tego, co chcę zawrzeć rozpisane w punktach – balon pęka i zaczynam pisać, pisać, pisać. (Sześćdziesiąt do czterdziestu – jedna z zasad zarządzania czasem).

Samo pisanie to już proces składania tych poszczególnych wątków w całość. Tworzenie pętli, które zgrabnie łączą poszczególne wcześniej zdefiniowane punkty i oczywiście dyscyplina trzymania się przyjętych założeń. Bo za każdym razem rozpoczynając pisanie, przyjmowałem: jaką objętość tekstu mam zamiar napisać, ile tekstu średnio dziennie będę pisał i jaki harmonogram pisania sobie zakładam. (Zazwyczaj to około jedna i pół strony tekstu zapisaną czcionką jedenastką na dzień).

Podsumowując: pomysł w zarysie, plan rozpisany w punkty, założenia od finalnej objętości, plan pracy.

Czy mi się udało za każdym razem utrzymać idealnie w tym, co zaplanowałem? Otóż nie za każdym razem napisałem nieco więcej niż w przyjętym założeniu. Co do dyscypliny pisania, tak i zastanawiając się nad tym twierdzę, że podyktowane to jest entuzjazmem, jaki mi towarzyszył przy powstawaniu każdej z moich książek. Dlatego pisząc sześć dni w tygodniu od 19 marca 2020 zakończyłem pisać Inwersję, która ma objętość dwustu czterech stron 4 czerwca 2020. Moją pierwszą książkę poradnik Kreator rozwiązań, która jest zdecydowanie szczuplejsza, napisałem w tydzień. 

Zatem gdy czujesz gotowość, poweźmiesz myśl o pisaniu, sporządź plan i wypełniaj go treścią. Niech słowa spływają na papier lub niech twoje palce intuicyjnie tańczą po klawiaturze, zapisując kolejne słowa i zadania. Moja sugestia pisz, pisz, pisz to, co do ciebie przychodzi, a potem, dopiero gdy skończysz jakiś fragment, przeczytaj go i koryguj. To naprawdę powoduje, że proces twórczy przebiega zdecydowanie szybciej, niż gdy szlifujesz kolejne zdania, tak jak miałyby brzmieć w ostatecznej wersji. 

To, jak zaznaczyłem na wstępie, moje doświadczenia. Uważam je za skuteczne i możliwe do powielenia przez osoby, które noszą się z zamiarem napisania swojej pierwszej powieści czy poradnika. Bardziej spersonalizowane informacje i dedykowane porady zależą od tego właśnie, jakiego rodzaju dzieło chcesz stworzyć. Wypróbowując powyższe, jestem przekonany, że pisanie pójdzie ci z satysfakcjonującą dynamiką, co też daje się odczuć czytelnikowi. Jakakolwiek by to pozycja nie była, myślę, że w każdej sprawdzi się dobry dowcip. Więc jak to mówią artylerzyści: do działa 😉    

Remigiusz Nestor Kalwarski, autor książek pt. ” Inwersja” i „Kreator rozwiązań”

Opublikowano

Dlaczego napisałem książkę?

Dlaczego napisałem książkę?

Na wstępie muszę przyznać, że odpowiedź nie jest łatwa. Oczywiście mógłbym sobie ułatwić i przytoczyć teraz całą listę różnych powodów. Myślę, że większość czytających znalazłaby w niej także i swoje. Czułbym wtedy niedosyt z takiej odpowiedzi, bez wyjaśnienia i uzasadnienia. Według mnie pozbawiona byłaby pierwiastka inspiracji, a chciałbym, aby go posiadała. Dlatego postaram się  opowiedzieć o przyczynach, które skłoniły mnie do pisania, a w efekcie wydania mojej pierwszej książki i może nie ostatniej.

Ciekawość związana z książkami była we mnie od najmłodszych lat. Kiedy patrzyłem oczami dziecka na napisy reklam czy szyldów, na teksty w gazetach lub książkach, dostrzegałem tylko mniej lub bardziej kolorowe obrazki. Intrygowało mnie, co dorośli w nich widzą? Potrafili wpatrywać się w nie godzinami. Czasami wybuchali śmiechem, a innym razem komentowali i wracali do patrzenia się na nie. Dla mnie było to niewykonalne – siedzieć w ciszy przez kilkadziesiąt minut i wbijać wzrok w czarne, nieruchome znaczki. Moja ciekawość i brak zrozumienia tych obyczajów były ogromne. Czułem jednak, że to musi być coś ważnego, co trzeba poznać, jeżeli chce się być dorosłym. Szybko zaspokajałem moją ciekawość. Dowiedziałem się, co to są litery, wyrazy, zdania i czytanie. Wręcz magiczne wtedy wydało mi się to, że wypowiadane słowa można zapisać, a potem, nawet za sto lat, przeczytać. Dzięki tej wiedzy otaczający mnie świat nabierał nowego i zrozumiałego znaczenia – przestawał być tylko kolażem obrazów. Okazało się, że od samego czytania jeszcze bardziej ciekawiło mnie, jak powstają książki, kto je pisze i dlaczego? Niezwykłym wydawało mi się to, że jedni zapisują słowa, a drudzy je czytają. 

Zawsze słyszałem, że mam bujną wyobraźnię, dlatego powinienem być aktorem lub pisarzem. W mojej ocenie to bardzo różne profesje. Oczywiście jest wiele podobieństw między nimi, na przykład obie często wykorzystują wymyślone zdarzenia lub postacie. Dla obu, słowo pisane jest fundamentem, bez którego nie mogłyby istnieć. Nigdy nie brałem pod uwagę wykonywania tych zawodów. Życie bywa jednak przewrotne. Moja bujna fantazja została dostrzeżona. Otrzymałem propozycję napisania kilku opowiadań science fiction. Tematyka, fabuła, a nawet długość tekstu były z góry określone. Wpasowanie się w te ramy wydawało się proste, zupełnie jak na klasówce w szkole. To mnie przekonało i postanowiłem spróbować. Mimo wszystko traktowałem to jako wyzwanie i możliwość zaspokojenia mojej ciekawości z dzieciństwa. Wyobraźnia podpowiadała mi, że dam radę. Po jakimś czasie tak zdobyte doświadczenie postanowiłem wykorzystać w większym projekcie – napisania własnej książki. Bardzo szybko zrozumiałem, że sam zapał nie wystarczy, że tym razem stałem przed o wiele trudniejszym zadaniem, niż mi się wydawało. Nie było wcześniej wymyślonej fabuły, bohaterów i wątków. Wszystko musiałem ułożyć samodzielnie, a moja wyobraźnia co chwila poddawana była ciężkim próbom. W ten sposób zderzyłem się z niewidzialną ścianą, którą nazwałem twórczą. Czułem, że pokonanie jej będzie wiązało się z wewnętrzną przemianą – z autora krótkich historyjek zamkniętych w opowiadaniach w twórcę książek. Musiałem podjąć decyzję, czy chcę kontynuować i angażować się w czasochłonne hobby, które być może nigdy nie wyjdzie poza przestrzeń mojej szuflady? Potrzebowałem uzasadnienia dla samego siebie i motywacji. Wróciłem na początek i zadałem sobie pytanie ‒ dlaczego piszę książkę? Powody, które odkryłem, przekonały mnie i dały zastrzyk potrzebnej energii. 

Uświadomiłem sobie, że proces twórczy daje mi radość. Ucieczka w świat wyobraźni pozwalała mi się zrelaksować, a jednocześnie poznawać samego siebie. Pisząc nowe akapity, jestem zarazem ich pierwszym czytelnikiem. Wielokrotnie je przeglądam i oceniam, czy myśli, które chcę przekazać, zapisałem zgodnie z zamierzeniami. Czy oddają to, co chciałem przekazać i czy będą zrozumiane zgodnie z moją intencją? Jaka będzie opinia czytających?

Zauważyłem, że książka dla mnie, autora, stała się czymś więcej niż produktem w księgarni. Dawała mi niesamowitą możliwość i moc przekazywania w niemy sposób wielu rzeczy, jak myśli, refleksje, spostrzeżenia czy doświadczenia. Ograniczona jest wyłącznie wyobraźnią autora. Książka może inspirować, pozwala rozbudzać ciekawość i wpływać na wyobraźnię czytelników, jednocześnie dzieląc się swoją. To niesamowite. Tak, jestem tym zainteresowany. 

Kolejnym powodem była ciekawość, od której wszystko zresztą się zaczęło. Tym razem dotyczyła refleksji, że książkę można porównać do fotografii. Swoistą mieszankę przemyśleń, doświadczeń i wyobraźni autora, zastygłych, utrwalonych na stronach książki. Przeczytać za kilka lat ten sam tekst i ponownie poddać go ocenie. Co wtedy pomyślę? Czy moje refleksje i myśli będą podobne? Perspektywa ta wydała mi się bardzo interesująca i zachęcająca do pisania.

Świadomość wszystkich tych argumentów przekonała mnie, żeby napisać książkę – przecież wszystko, co robimy, zawsze ma jakiś cel i powód.

P. Spinel, autor książki pt. „Urlop z kradzieżą w tle”

Opublikowano

Od czasu powstania pomysłu do napisania powieści może minąć kilka lat ale gdy nadejdzie ta chwila zaczynamy pisać – o tym, jak to było w przypadku książki pt. „GEN”, opowiada autor Juliusz Adel.

Skąd czerpałem inspirację do napisania książki pt. „GEN”?

Nie wiem, kiedy pojawiła się ta myśl, a właściwie obraz pochylonego nad postawioną na biurku maszyną do pisania mężczyzny. Mała, stojąca obok lampka oświetlała powstający tekst. Miałem wtedy kilka lat. Ten mężczyzna siedział i pisał książkę – to byłem ja w przyszłości. Były zatem jakieś pomysły, rękopisy, kilka spisanych na maszynie utworów, a potem komputer.

Czas mijał, lata leciały. Kilkadziesiąt wierszy, kilkanaście opowiadań, kilka powieści, które lądowały w szufladzie.

Warszawę z różnych powodów odwiedzałem wielokrotnie. Klinika, praca, polityka, odwiedziny rodziny. Nie zgubię się w Warszawie, ale też nie mogę powiedzieć, że znam dobrze miasto. Ciekawość pcha mnie jednak między budynki.

Warto umieścić tam akcję powieści.

Dawno, dawno temu wśród nowych znajomych usłyszałem o GMO, ale nie znałem tego skrótu, więc pytam. To nie jest wstyd nie wiedzieć, wstydzę się udawania, że wiem. Długo rozmawialiśmy na ten temat, poznałem trochę szczegółów, ale było mi mało, więc sięgnąłem po kolejne informacje: czytałem artykuły, obejrzałem kilka filmów, kupiłem książki. Szczególnie inspiruje mnie historia Arpada Pusztaiego.

To jest to, o czym chciałem napisać.

Stoję całkowicie bezradny, wpatrzony w panujący na biurku bałagan. Przy każdym spotkaniu zastanawiam się, jakim cudem tak niekompetentny człowiek zostaje prezesem, w jakim celu „prawa ręka” prezesa podpuszcza tego nieradzącego sobie człowieka do popełniania kolejnych błędów.

Tych ludzi warto zapamiętać.

Jadący w celach biznesowych do Beneluksu kuzyn zaproponował mi wyjazd, bo już kiedyś byłem w Holandii. Wyjazd jest „objazdowy”, więc kilka miejscowości zwiedzam sam, ale w Brukseli jesteśmy razem. Niestety czasu mamy niewiele i spacerujemy po magicznym centrum miasta. Cudne miejsce.

Warto choć na chwilę przenieść tu bohaterów książki.

Rozmowa z dyżurnym strażnikiem, jedna brama, zostawiam telefon w skrytce, a kluczyk chowam do kieszeni, druga brama, przejście koło stołówki i „spacernika”, drzwi, jedna krata, druga krata, długi korytarz, schody, kolejna krata, czekanie w towarzystwie strażnika więziennego na otwarcie sali. Takie miejsce, taki kurs. I prowadzę wykłady, planuję, a następnie prowadzę zajęcia praktyczne, poznaję kursantów. Ludzi o różnej przeszłości i niepewnej przyszłości.

To są ludzie, o których chciałem napisać.

Tylko skończę ten kurs i wyjadę do pracy w Austrii.

Kurs kończę z opóźnieniem i muszę zrezygnować z wyjazdu do Austrii, jadę do Szwecji. Dobrze się tam czuję. Cisza, spokój, przestrzeń. Więcej pracy niż zwiedzania, ale i tak poznaję okolicę, ludzi i ich zwyczaje. Spaceruję po lesie, relaksuję się nad okolicznymi jeziorami, poznaję ludzi, którzy także inspirują. Zabytkowe XVII-wieczne siedlisko na górce ma swój klimat, jest też czas na pisanie.

Włączam w radiu stację z klasycznym szwedzkim punk rockiem, uruchamiam laptopa. Słowa spływają na ekran, tworząc zdania, zdania układają się w akapity, akapity tworzą rozdziały. Teraz już na pewno to jestem ja. Pochylam się nad klawiaturą postawionego na biurku laptopa. Mała, stojąca obok lampka oświetla klawiaturę, na ekranie pojawia się powstający tekst.

Juliusz Adel, autor książki pt. „GEN”

Opublikowano

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”?

Dlaczego napisałem „Ósmy kontynent”

Jako inżynier, a później przedsiębiorca zawsze obracałem się w świecie faktów i liczb. Stąd mój pierwszy maraton przypadł na moją pięćdziesiątkę, na moje okrągłe urodziny. Były też inne, ważne powody. Będąc ojcem trzech córek, a następnie dziadkiem wnuczki, w prezencie na moje półwieku od każdej ze starszych córek zostałem obdarowany po jednym wnuku. Pierwszy urodził się 10 dni przed moimi urodzinami, a drugi w dzień pierwszego maratonu. W dodatku moje okrągłe urodziny przypadły w tym samym roku, w którym Polska, po burzliwej historii, weszła do grona najbardziej demokratycznych i cywilizowanych krajów – Unii Europejskiej. Tyle znaków w jednym roku! Czy można przejść obok tego wszystkiego obojętnie?

Potrzeba udokumentowania tych wszystkich zdarzeń była tak głęboka, że kiedy zacząłem pisać, to nie mogłem skończyć.

Napisałem więc moją pierwszą w życiu książkę i postanowiłem jej nadać profesjonalną formę. Miała być trochę ładniejszym pamiętnikiem mojego biegu maratońskiego, ze wspomnieniami, ilustracjami i zdjęciami z różnego okresu mojego życia.

Książka trafiła do zamkniętego grona znajomych i przyjaciół. Niektórych zainteresowała, inni odłożyli na półkę, a ja miałem wielką satysfakcję, że zobaczyłem po raz pierwszy w moim 50-letnim życiu swoje imię i nazwisko wydrukowane na okładce (prawie) prawdziwej książki. 

Takie podsumowanie swoich przeżyć i przemyśleń ma nie tylko wartość archiwalną, ale przypomina i porządkuje minione zdarzenia. Książka nadaje im określoną wagę i jest napędem do dalszych działań. Może też i dlatego moja przygoda z maratonami nie zakończyła się na jednym biegu. Historię tę opisuję we wstępie „Ósmego kontynentu”.

Następny przystanek „literacki” miał miejsce 5 lat później, po ukończeniu 10 maratonów. 

Zacząłem biegać po różnych krajach, a kiedy już miałem za sobą 10 kolejnych maratonów, kiedy pokonałem trasy maratońskie na Saharze i na Syberii wydawało mi się, że nic już mnie nie zatrzyma ani sportowo, ani w ogóle, nigdy i w niczym. Jakże głęboko się myliłem!

Upadek Lehmann Brothers za oceanem we wrześniu 2008 poprzewracał jak w domino kolejne klocki w gospodarce światowej, także w tej polskiej. Budowane wraz ze wspólnikami od 20 lat pełne sukcesów gospodarcze podwórko, w kilkanaście miesięcy obróciło się w ruinę. Dopiero w 2010 udało mi się je częściowo uratować i w pewnej, ważnej części odbudować. Czas na drugą książkę!

Pokonanie niemieszczących się wcześniej w mojej wyobraźni trudności wygenerowało kolejną potrzebę pisania, dokumentowania tego co niezwykłe, nawet w tym negatywnym sensie. 

Wyciągnąłem też wnioski z mojej pierwszej próby. Mniej osobistych wycieczek, choć całkiem od tego nie da się uciec, więcej porządku, obserwacji „chłodnym okiem”. Poprosiłem też profesjonalną panią redaktor o korektę, a profesjonalnego wydawcę o szatę graficzną. Wypadło, jak mi się wydawało wspaniale. Zwróciłem się więc do kilku wydawnictw – fajne, ale sorry, nie ma pan „nazwiska”, bo to co pan ma nie wystarczy. Znów poprzestałem więc na prywatnej edycji. Usłyszałem wiele niezależnych, pozytywnych opinii „to się czyta!”. A w mojej bibliotece, na półce przybyła kolejna pozycja z moim nazwiskiem.

Czy 10 maratonów i poturbowana światowym kryzysem firma to wystarczające powody, aby napisać ciekawą książkę? Z pewnością wielu pełnych sukcesów autorów nie miało aż takich przeżyć, no ale oni mają talent! My za to mamy pasję i nią pragniemy się dzielić. Uda się? Cóż jeszcze musi się zdarzyć, aby mnie zainspirować, a innych zainteresować?

Do 3 x sztuka! Nie wystarczył jeden maraton na piędziesiątkę! Nie starczyło 10 następnych, przeplatanych kryzysami lokalnym i światowym! Dopiero Korona Ziemi ‒ maratony na wszystkich 7 kontynentach „zmusiły” mnie do doprowadzenie sprawy do wydawniczego finału, do linii końcowej, prawdziwej mety, do wydania książki publicznie.

W 2014 r. przebiegłem jako 9. Polak maraton na Antarktydzie. W rok później, po biegu na Rapa Nui, czyli na Te Pito o Te Henua, a po naszemu Wyspie Wielkanocnej założyłem koronę ‒ Maratońską Koronę Ziemi. Dołączyłem w ten sposób do ekskluzywnego The 7 Continents Club, liczącego ok. 500 pozytywnie zakręconych pasjonatów biegania z całego świata. W dodatku całkiem przy okazji udało mi się zrobić coś jako pierwszy Polak – przede mną nikt z naszego kraju jeszcze maratonu na Wyspie Wielkanocnej nie przebiegł. Może nikt po prostu nie wiedział, że tam się biega maratony? A może za daleko? Fakt pozostaje faktem – Polak teraz już i tam potrafi.

Co mnie nakręcało? Co było największą motywacją? Co mnie gnało? Co niosło?

Czyżby nogi? Mięśnie? Ścięgna? Nie!!! To głowa, a dokładnie to co w jej wnętrzu, coś ulotnego i trudnego do opisania – nasz umysł, nasz 8 kontynent!

Trochę inspirowany pierwszą, trochę drugą, napisałem książkę nr 3, książkę – nie tylko o swoim bieganiu, a także o tym co wokół niego.

Czy tylko ja mam 8 kontynent? Czy tylko ja czerpię inspirację z wysiłku fizycznego, z dyscypliny, ze stopniowego przesuwania granic?

Bieganie to nie tylko rozwijanie mięśni, trening determinacji i pokonywania siebie. To także doskonała okazja do poznawania ciekawych ludzi o wyjątkowej osobowości.

Gdy Michael Clinton, Amerykanin, kolega z Antarktydy zaprosił mnie, podobnie jak kilku innych biegaczy z całego świata do napisania jednego rozdziału w jego książce „Tales from the Trails”, wiedziałem, że wycisnę z niego i nie tylko z niego coś podobnego. Poprosiłem więc „dziewięciu wspaniałych” do podzielenia się swoim 8. kontynentem i tak powstała ta książka.

Ci z talentem literackim piszą książki wg pewnych prawideł. Alfred Hitchcock, tworząc swe arcydzieła, mówił, że dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąć.

dr. Mariusz Szeib, autor książki „Ósmy kontynent”